Nanette ''Nena'' McKinnon
Nazwisko matki: Morgan
Miejsce zamieszkania: Londyn, ulica Pokątna
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: sekretarka w Urzędzie Niewłaściwego Użycia Czarów, niegdyś właścicielka piekarni na Pokątnej, malarka na zlecenie
Wzrost: 173 centymetry
Waga: 60 kilogramów
Kolor włosów: ciemna czekolada
Kolor oczu: głęboki brąz
Znaki szczególne: wysoki wzrost; diastema; nos i policzki obsypane drobnymi piegami; małe, okrągłe znamię na lewej łopatce
9-cio calową, wykonaną z dzikiego bzu i włosa z grzywy jednorożca
Hufflepuff
drozd
wielkie, syczące siedlisko węży
kwiatami maku, plackiem jagodowym, piżmowymi perfumami i świeżo wykrochmaloną pościelą
wieszak z białą suknią ślubną matki skąpany w południowym słońcu
malarstwem, cukiernictwem, magią leczniczą
Zjednoczonym z Puddlemere
maluję akwarelą, remontuję mieszkanie
popu, bluesa, rock’n’rolla
Tatia Akhalaia
was never much but we made the most -welcome home
Moje włosy pachną słomą, palce mam umorusane od jeżyn, a w kąciku ust zostało jeszcze trochę kwaśnej śmietany. Pod stopami pierw była wysoka trawa, później drewniana belka – nieco uporczywa i bolesna, ale to wcale mi nie przeszkadza we wspięciu się na ogrodzenie. To idealny punkt obserwacyjny, a czasem nawet i więcej, bo owce w zagrodzie raz na jakiś czas nabierają śmiałości i podchodzą do mnie, ufnie i z tym swoim śmiesznym dźwiękiem. W nagrodę daję im marchewkę, czasem pietruszkę, a innym razem kalarepę. Mojej mamie to nie przeszkadza; to, że odwiedzam, jak to mówi, mugolską wioskę, choć to tylko jedno domostwo, położone niedaleko nas, nasi sąsiedzi. Lubię ich, czasem macham, ale bardzo, bardzo muszę pilnować własnego języka, głównie by nie używać słowa różdżka, ani czary. Nie wiem jeszcze do końca dlaczego – chyba nie lubią tego typu rozmów.
Tato nie jest tak optymistycznie nastawiony do mojego spoufalania się z owcami – no bo chyba o to mu tylko chodzi, bo ilekroć pytam, dlaczego nie lubi naszych sąsiadów, jakoś nie potrafi odpowiedzieć. Ale to nie szkodzi, bo czasem zabieram tu resztę, choć najmłodsza z moich sióstr niechętnie przychodzi. Mówi, że śmierdzi; a ja na to, żeby zatkała nos i pogłaskała, albo poprosiła mamę o jakiś specyfik, który zniweluje zapach. Dużo tego mamy– różnych buteleczek i flakonów, w innych naczyniach płynów albo sypkich substancji. Jedne w apteczce, drugie w szafce, trzecie w koszyku, a jeszcze inne mama i tata zabierają codziennie do miasta – na Pokątnej do tej pory byłam tylko dwa razy, odkąd dziadkowie wrócili i zamieszkali z nami, w zachodnim skrzydle domu. Nie mogę się doczekać kolejnego razu, bo codziennie wracają z pracy pięknie pachnąc – raz czuję cynamonki, a raz jagodzianki.
Są piekarzami, ale nie takimi zwykłymi, bo babcia przekazała moim rodzicom różne sztuczki; zaklęcia pozwalają na stworzenie naprawdę fikuśnych bułek, chałek i zawijasów, a lukry, którymi polewają pączki czasem się mienią w wielu kolorach! Lubię to, co potrafią robić.
Lubię też wylegiwać się na słońcu, zbierać kwiaty, głównie niezapominajki i stokrotki, i moczyć stopy w strumyku na skraju lasu. Lubię też malować akwarelowymi farbami, które babcia kiedyś przyniosła z miasta; teraz mówi, że ładnie mi to wychodzi, głównie rzeka, którą maluję bardzo często, pod powierzchnią wody chowając kolorowe kamienie.
Lubię odwiedzać siostrę taty, bo ma w ogrodzie niesamowite stworzenia - kiedyś pokazała mi nawet drzewo z nieśmiałkami, a innego razu obiecała, że gdy tylko podrosnę, będę mogła pomagać jej doglądać małej hodowli Pufków; tak, tych najsłodszych Pufków!
Miasto lubię mniej, ale jednocześnie trochę mnie do niego ciągnie – to długa podróż, miotła nieco mnie przeraża, a kominek robi takie nieprzyjemne uczucie w brzuchu – chyba to jakiś konflikt wewnątrz mnie, bo z jednej strony chciałabym bywać w piekarni naszych dziadków częściej, ale z drugiej....cóż. Mam nadzieję, że prędko opanuję teleportację.
Powinnam – w końcu jestem najstarsza z naszej gromadki, mama mówi też, że jestem odpowiedzialna, choć nie do końca rozumiem jeszcze całkowite znaczenie tego słowa. Tata natomiast często porównuje mnie do promyka słońca – to chyba dobrze? Myślę sobie czasem, że jestem tak duża i promienista jak słońce i momentalnie robi mi się jakoś lepiej.
Wychylam się jeszcze przez chwilę, a później już zawracam – niedługo zrobi się późno, zajdzie słońce i wcale nie będzie tak ciepło. Nad uchem słyszę słodki trel drozda, zupełnie jak gdyby obwieszczał mi, że to czas do domu. Na naszym podwórku suszy się pranie, a przeskakując kamienną ścieżką do naszego domu patrzę pod nogi; jestem boso, a miesiąc temu w ten właśnie sposób użądliła mnie pszczoła i nie było to miłe uczucie. Tato wyjmował paskudne żądło z pomocą swojej różdżki, a mnie okrutnie chciało się płakać. Później znów machnął magicznym patykiem, a mnie zrobiło się lepiej. Nie mogę się już doczekać kiedy sama będę mogła robić tak samo.
Czuję, że policzki mi płoną. Na Merlina, muszą być okropnie czerwone, a ja nie potrafię skupić myśli na niczym konkretnym; cała racjonalność ulatuje, serce więźnie mi gdzieś w krtani, i choć boję się wręcz panicznie, od czubków palców u stóp po ostatni włosek na głowie, moim ciałem włada ekscytacja. Chyba niezdrowa, chyba nie powinnam, stanowczo nie powinnam, nie chcę nawet myśleć o momencie, w którym ktoś skręca w kierunku tej klasy, a później wyrzucają mnie ze szkoły, każą wrócić do domu, padam na kolana przed naszym domem i nie potrafię podnieść wzroku, bo w oczach rodziców dojrzę tylko zawód.
Odsuwam od siebie to wszystko, bo gryfoński szalik nosi jego zapach, jego klatka piersiowa jest ciepła, a różdżka, którą dzierży w dłoni, chyba sunie od mojego kolana do uda, kiedy oddechy mieszają się w jeden - i wiem, że kompletnie straciłam dla niego głowę.
Czy to jest miłość?
Drżące dłonie muskają jego policzki, usta tańczą w nieznośnie szybkim tempie, a ja pragnę tylko, żeby ta chwila, którą dzielę z Williamem Potterem trwała w nieskończoność. Żebyśmy zostali już tylko tutaj, na zawsze, udawali że całego świata nie ma. Zaraz obok tego wszystkiego stoi strach, ogromny i żarłoczny, taki, który sprawia, że w końcu zaciskam dłoń na jego nadgarstku i odsuwam go od siebie.
Dyszę, on się śmieje. Ja się martwię, on puszcza mi oczko. Na mnie czeka noc poświęcona przygotowaniom do zajęć, na niego słodka beztroska wieczora. Nawet jeśli powinie mu się noga - ja się zlituję i pomogę mu na zajęciach. Wiemy to obydwoje, zwłaszcza jeśli chodzi o Obronę Nad Czarną Magią; może mam smykałkę, a może - w przeciwieństwie do niego - jestem po prostu uważna.
Wiem też, że na nas obydwu czeka wspólne życie.
Jestem tego pewna, dopasowywałam już jego nazwisko do swojego imienia, myślałam o momencie, w którym pomaga moim rodzicom remontować nasz dom, a później jak macha różdżką i nasz lokal na Pokątnej błyszczy się i zachęca nowym szyldem.
Chciałabym też, żeby wszyscy już wiedzieli. Chciałabym obwieścić to światu, wyjść trzymając go za rękę, pocałować go przy wszystkich – ale wiem, że tego nie zrobimy. Wyjdzie z tej pustej klasy pierwszy, a ja odczekam kilka, kilkanaście minut, i dopiero potem udam się na niższe piętra szkoły, aż na sam dół, zaszywając się w końcu w puchońskim pokoju wspólnym. Gdzieś z tyłu głowy drga mi drażniąca myśl, że gdyby któryś z nauczycieli się dowiedział, zwłaszcza profesor eliksirów, och, i zielarstwa – wtedy byłabym już nikim. Dodatkowe zajęcia, do których uzyskałam dostęp sumienną pracą, skończyłyby się momentalnie. Nie narzekam na nadmiar czasu, nie zależy mi nadto na samej uprawie, bardziej chciałabym znać właściwości niektórych roślin, zwłaszcza leczniczych, wiedzieć jak z nich korzystać, jak stworzyć lekarstwo, i w końcu jak wykorzystać własną magię by uśmierzyć ból, zasklepić ranę, znaleźć podłoże problemu. To temu, poza spotykaniem się z Willem, poświęcam się najwięcej; odkąd mama w przerwę świąteczną zakrywała usta chusteczką podczas kaszlu, czuję w sobie pewną powinność.
Muszę wiedzieć i umieć więcej. Muszę być bardziej przydatna, muszę być podporą, bo nasze filary zaczynają się chybotać.
Will unosi moją rękę i muska wierzch dłoni w ramach romantycznego pocałunku; to nasze pożegnanie, zabarwione teatralnością i wyobrażeniami rodem z romantycznych powieści. Kiedyś tacy będziemy, jestem tego pewna.
Ja, on, nasza piekarnia, dziecko, a może nawet psidwak.
and the backs of my eyes hum with things I've never done
Nie potrafię patrzeć na pergamin z wynikami moich egzaminów. Nie potrafię o nich mówić – nie chcę o nich mówić – nawet jeśli otrzymane stopnie przerosły moje oczekiwania, pozytywnie, bo to co potwierdza moje ukończenie Hogwartu mogłoby być powodem do dumy. Ale nie jest, nie teraz. Chowam w sobie to, że ukończyłam szkołę wręcz śpiewająco, że to może otworzyć mi wiele drzwi i je wynikiem sumiennej pracy.
Urywam więc temat, który rozpoczyna moja siostra, niemal podekscytowana, namawiająca mnie bym się chwaliła - resztę podróży spędzamy w milczeniu.
Nasz dom jest taki sam, choć zauważam, że dach wymaga małej renowacji; to teraz nie jest istotne, choć ja niemalże kurczowo pragnę zaczepić się jakiegoś materialnego elementu, skupić się na drobiazgowości i przedmiotach, wszystko po to by nie czuć przytłaczającego ciężaru ciszy.
Jeszcze nigdy nie było tutaj tak cicho, nigdy nie było tak dziwacznie, nigdy nie wracałam do domu, w którym moja mama nie witała mnie w drzwiach.
Miast tego ja witam ją przy nogach łóżka, klękam na poduszce, którą jeszcze chwilę temu zajmował mój młodszy brat i sięgam po jej dłoń. Mówią coś o uzdrowicielach, o dolegliwości, którą kiedyś przechodziła moja babka – nie rozumiem z tego wiele, zgłoski wcale nie układają się w słowa, a słowa nie tworzą zdań. Po prostu na nią patrzę, na jasne oczy, które teraz wydają mi się dziwnie rybie, jakby wcale do niej nie należały.
To moje pierwsze wakacje jako dorosła; ale kiedy patrzę na nią, czuję się jak mała dziewczynka.
Bezradna, bezużyteczna, nierozumiejąca dlaczego.
Kolejne dni ciągną się nijako, zaczynam łapać się na tym, że nie rozróżniam dni tygodnia, wszystko zlewa mi się w zamknięte koło. Mój ojciec pracuje sam, moje rodzeństwo zachęcane do korzystania z wakacji przesiaduje bezczynne lato na werandzie, raz po raz któreś z nich nawołuje, że przybył uzdrowiciel na rutynową wizytę. Ja nie wychodzę z domu. Nie chcę zostawiać jej chociaż na chwilę, więc większą część dnia spędzam w kuchni, resztę przy niej; wypracowałyśmy nawet wspólny sposób, by za pomocą zaklęcia mogła prędko mnie przywołać, gdy tylko poczuje się gorzej. Przygotowuję dla niej mikstury, ale więcej działam jednak samą magią – w międzyczasie wymieniam nawet listy z profesorem z Hogwartu, radząc się go co powinnam robić, by choć trochę jej ulżyć. Poleca mi poczytać o magicznej roślinności, więc następne tygodnie mijają mi na długich, nocnych lekturach. W końcu mam też śmiałość by wykorzystać nieduże poletko z tyłu domu i posadzić tam trochę kwiatów i ziół. Dyptam wpierw odmawia współpracy ze mną, ale w pierwszych dniach jesieni zauważam, że się przyjmuje i rośnie. Z walerianą idzie mi dużo lepiej, a kiedy wypuszcza pierwsze kwiaty nawet chwalę się mamie swoimi osiągnięciami. Robię to dla niej, ale w tej nauce cierpliwości wobec roślin dostrzegam także najprostszą przyjemność.
Czasem zajmuję się domem; sprzątaniem, drobnymi naprawami, gotowaniem, ostatnio nawet poskładałam starą huśtawkę w ogrodzie - ktoś musi to robić, a braki w sile wynagradzam sobie czarami.
Nie rozmawiamy zbyt dużo; ni ja z mamą, ni z resztą, nie mówię nawet nadto z Willem. Otwieram się przed nim dopiero kiedy dzieci znikają na peronie dziewięć i trzy czwarte, liście zrzucają odzienie i otulają się beżem i brązem, a później nasz dom chowa się w śnieżnej zaspie – dopiero kiedy nadchodzi zima, pozwalam sobie na płacz pełen żałości, strachu i żalu. Dochodzi do mnie, że choć on trzyma mnie w swoich ramionach i gładzi włosy, jeszcze nigdy nie bałam się tak bardzo.
To okrutnie niesprawiedliwe.
Mam ochotę krzyknąć, tupnąć nogą, potrząsnąć nimi wszystkimi – nie mogę.
Byłabym okropną egoistką, pokazałabym tylko, że zależy mi na własnym szczęściu, a przecież tak nie jest. Bo to, że na moim palcu pojawił się pierścionek jest niczym w obliczu faktu, że mojego ojca nie ma w domu. Że mojego brata, który dopiero skończył szkołę, nie ma w domu.
Will i ja możemy nazywać się najsłodszym słowem, jakie sądziłam, że istnieje – ale w obliczu wojny narzeczeństwo mało kogo interesuje. Chyba nie jest jeszcze potwierdzona, tak naprawdę nikt z nas nie wie co będzie dalej.
Pamiętam tę wielką, choć byłam tylko dzieckiem; teraz mówią o czymś innym, mówią o Grindewaldzie i o kimś, kto chce aby nazywano go Czarnym Panem. Mówią o różdżkach, o Londynie, o niebezpieczeństwie i przeciwstawnych obozach. Moja mama tłumi kaszel, a ja jedyne co mogę zrobić, to milczeć. Milczeć, choć w środku wrzaskliwie krzyczę, z perspektywą uderzenia kolanami o posadzkę w akcie czystej histerii, jeśli ktoś czegoś nie zrobi.
Ale nikt nic nie robi – padają tylko kolejne słowa, pewne niepokoju i powątpiewania. Chcę powiedzieć, że radziliśmy sobie już z różnymi rzeczami; że mój brat przeszedł smoczą ospę, choć bardzo baliśmy się, że nie przeżyje trzeciej nocy. Chcę powiedzieć, że wszyscy baliśmy się zamknięcia piekarni kiedy mama zachorowała, ale wzajemną pomocą wstaliśmy z kolan. Chcę powiedzieć, że zaraz zbierzemy się przy kominku i będziemy mówić o tym, jak naszym sąsiadom uciekło całe stado owiec i tata zaganiał je z powrotem do zagrody, tak, aby pani Wilson nie dostrzegła różdżki w jego dłoni.
Ale teraz nie mówię nic. Milczę, i nie pomaga nawet dłoń Willa, która ściska moją.
Nie pomaga obietnica matczynej sukni, którą miałam włożyć – dla niej, dla siebie; nie potrafię oprzeć się pokusie i znów o niej marzę, o promieniach słońca przemykającymi po koronkowych ramionach, o kwiatach wplecionych w kosmyki włosów, o uczuciu, które mogę tylko porównać do stanu nieważkości.
Mój ojciec jej nie zobaczy; dochodzi to do mnie z impetem, czuję się tak, jakby ktoś właśnie wymierzył mi policzek. Nie wiemy dokąd trafili – nie pozwalam sobie nazywać tego frontem, bo mój tata i brat nie są żołnierzami. Nie znają nawet miasta, nie wiedzą o ulicach Londynu, poza Pokątną i jej odnogami, skąd pochodzi większość naszych klientów.
Ja też nie znam miasta, ale to ono stanie się dla nas nowym domem – dla mnie i Willa; brudny Londyn, piekarnia i mieszkanie nad nią. Nie powinniśmy mieszkać ze sobą przed ślubem, babcia by tego nie pochwalała – ale kto będzie na nas zarabiał?
Miasto jest inne niż je zapamiętałam; nasza piekarnia wcale nie jest wspaniała, jasna i pachnąca – to raczej malutki lokal wepchnięty w rzędy szarych kamienic, faktycznie roznosi się tutaj ładny zapach, ale za nic nie przypomina dziecięcych wyobrażeń. Jest mniejszy, niemal klaustrofobiczny, szyld pokrył się rdzą a nieduże, metalowe stoliki z krzesłami wystawione przed wejściem wyglądają obskurnie.
Mieszkanie na piętrze to dwupokojowa przestrzeń, łazienka i kuchnia z małym oknem; Will nawykł do przesiadywania na parapecie i palenia, ja większość czasu spędzam na dole, nawet jeśli ilość klientów wcale tego nie wymaga.
Powinno być ich więcej – widzę to po uszczuplaniu się naszego portfela, jednocześnie czując, po raz kolejny, kompletną niemoc. Taką, która wchodzi do środka i zagnieżdża się w trzewiach, przez którą nie potrafię racjonalnie myśleć, a każdy kolejny komunikat Ministerstwa spływa lodowatym dreszczem po moich plecach.
Widzę to po nim - wieczny niepokój, to jak zaciska szczękę i odwraca wzrok; innym razem wybucha złością, na wszystko wokół, na dziwną sytuację, w którą ktoś nas wrzucił. Fundusze się kończą, i wtedy wyjmuję płótno - paradoksalnie moja ochota na powrót do nastoletniej pasji jest niewielka. Wydaje mi się to infantylne, miałkie, ale Will mnie namawia; obrazy powstają, amatorsko, czasem brakuje mi farb więc większość obraca się w szarościach, błękicie, czasem zieleni - pejzaże, zaskakująco często uwieczniam okolicę, w której się wychowałam, a na niektórych tworzę wodospady; sama nie wiem dlaczego, może chciałabym kiedyś takie ujrzeć. Niektórzy je kupują, jedni nawet zachwalają, w innych dostrzegam nutę łaski, ale staram się przełykać tą nieprzyjemną gorycz z kolejnym syklem wpadającym do naszych zasobów. Czasem, kiedy nie potrafię znaleźć sobie miejsca, a na nowy zestaw płócien nie powinnam sobie pozwolić, maluję ściany. Pędzel sunie po nieco brudnym tynku, innym razem tańczy na powierzchni drewnianych mebli - czasem są to kwiaty, czasem kształty, ostatnio jednak dokonałam większego dzieła i zmieniłam drzwi do łazienki w prowizoryczny las. Ich raczej nie sprzedamy, byłoby mi ciężko na sercu.
Chciałabym nauczyć się malować portrety - z tego byłby dobry zarobek, a ja mam dość wprawne oko; widzę jak kobieta, która mieszka naprzeciw naszej kamienicy co ranek zakłada perłowe kolczyk na klipsie, widzę jak drżą jej dłonie kiedy wychodzi na ulicy i widzę, że bardzo zaniedbuje kwiaty na swoim parapecie, te uginają się uschnięte i spadają na bruk, zapomniane i targane szybkim krokiem przechodniów. Może kiedyś uda mi się uwiecznić jej twarz.
Wciąż nie mamy wieści o moim ojcu. Wciąż nie wiem gdzie jest mój brat. Wciąż nie wiemy jak długo będzie to trwało.
Tkwię w duszącej niewiedzy tygodniami, topię się w jeziorze niewypowiedzianych pytań i bolesnych niepewności – kiedy w końcu mam odwagę, by wynurzyć się na powierzchnię, jest jeszcze gorzej.
Widzę, jak jego oczy śledzą kreślone na pergaminie litery. Widzę, jak zaciska usta w wąską linijkę, a jakiś czas później wstaje, podchodzi i całuje moją skroń. Nie. Nie, nie nie, nie, nie....
Smugi deszczu mogą być niebywałą rozrywką.
Można urządzać sobie ciche wyścigi, takie o których nikt nie wie, i obstawiać – za całą fortunę – który szlak jako pierwszy spłynie po tafli szyby w dół, znikając już na zawsze. To rozrywka dość oczywista w miejscu takim jak Londyn, niemalże wdzięczna.
Mam ją opanowaną do perfekcji, pochłania mnie na tyle, że zapominam o cieście oblepiającym moje palce i nie rejestruję momentu, w którym masa zastyga i tworzy szorstką powłokę na moich dłoniach. Kiedy dochodzi do mnie ów stan, wstaję, ale jakby w zwolnionym tempie. Niemal wszystko czego się podejmuję jest zamknięte w jakimś trybie, niepodobnym do mnie. Dziwne.
Łapię własny wzrok w pokrytej kroplami deszczu szybie i prędko go cofam.
Nie chcę tam patrzeć. Nie chcę na nią patrzeć.
Widzę w niej siebie, Willa, matkę, ojca czy brata?
Jak wiele twarzy kryją jedne oczy, ile niewypowiedzianych pożegnań zmieści się w kwadratowej szybie?
Nie muszę na to odpowiadać, a z letargu wcale nie wyrywa mnie własna świadomość, a ciężki smród ciągnący się po ulicy, ciężki i duszący – po raz kolejny tego tygodnia. Ulice pustoszeją, ludzi brakuje, składników brakuje – są w domu, ale moja mama o tym nie wie. Nie wie, nie pamięta – czasami nie pamięta też mnie.
Jedyną rzeczą, do której przywiązuje wagę jest nieduże pudełko z pamiątkami po moim ojcu. Mój brat nie miał takiego szczęścia – nie zrobili mu nawet pudełka.
Will też nie ma niczego; może młodym nie przygotowują takich rzeczy, może nie zdążyli nagromadzić czegoś nadającego się do włożenia do małej, drewnianej skrzyneczki. Nie mam więc niczego, nawet swojego, pogniecionego zdjęcia z odciśniętą szminką, które podarowałam mu ostatnim razem. Inne natomiast – to, na którym jesteśmy razem, spleceni w uścisku, ustrojeni w uśmiech – spoczywa w ramce, na stoliku nocnym tuż obok mojego łóżka.
Najgorsze jest to, że chyba nie potrafię pojąć, za co walczymy - walczyli - i za co giniemy. Nie rozumiem listów, które przychodziły i odchodziły. Nie rozumiem tego, że wybrali pewną stronę. Nie rozumiem dlaczego to my mamy się bać, nawet jeżeli strach to jedyne, co jeszcze potrafię czuć.
Podnoszę spojrzenie na londyńską szarugę i powątpiewam, że ktokolwiek jeszcze dziś przyjdzie; pierw umyję dłonie, a później się położę, szepcząc do fotografii ciche dobranoc.
you were never supposed to leave, now my head's splitting at the seams
Jestem okropną córką.
Nie wiem czy to wstyd powstrzymuje mnie przed powrotem do domu, czy jakaś uporczywa duma. Nie mam czego tutaj szukać – ale w domu też nie ma dla mnie miejsca.
Londyn jest zimny, obślizgły, niebezpieczny. Piekarnia jest zamknięta, a ja nie potrafię wrócić i powiedzieć tego prosto w twarz. Nie jestem pewna, czy moja mama w ogóle by to zrozumiała.
Czasami karcę się, że to dla nich muszę wrócić; że ona wcale nie radzi sobie z dziećmi – ale potem dociera do mnie fakt, że oni nie są już dziećmi. Że wszyscy jesteśmy uwikłani w coś większego od nas, że moja matka jest najbezpieczniejsza właśnie tam, gdzie jest. W stanie, w którym jest – nie potrafię określić, czyja śmierć jej to zrobiła – taty, czy mojego brata.
A mnie?
Niemalże machinalnie potrząsam głową, jak gdyby to miałoby pomóc mi pozbyć się natrętnych myśli i skupić na pracy; kolejny spis, kolejna rubryka, kolejne zgłoszenie – niesamowite, jak wiele osób wciąż korzysta z magii nie tak, jak powinno.
Nie, to nie jest niesamowite.
Ministerstwo jest parszywe, duszące i ciemne – a ja jestem w jego wnętrzu, za biurkiem, na stanowisku, na którym nie wiem kim jestem. Nie wiem - a może nie chcę wiedzieć - kim naprawdę są ludzie, którzy mi płacą.
Przynajmniej mogę za to opłacić mieszkanie i uratować chociaż tyle – naszą kamienicę na Pokątnej. Babcia by tego nie wybaczyła.
Późnymi wieczorami siadam na piętrze, przy oknie i staram się w bezgwiezdnym niebie odnaleźć miejsca, które przeleję na płótno. Przeleję i sprzedam komuś, bo boję się, że na mojej ścianie staną się pewną mantrą przeszłości; niech więc zawisną na czyjejś.
Statystyki | ||
Statystyka | Wartość | Bonus |
OPCM: | 11 | 2 (różdżka) |
Uroki: | 0 | 0 |
Czarna magia: | 0 | 0 |
Uzdrawianie: | 11 | 3 (różdżka) |
Transmutacja: | 3 | 0 |
Alchemia: | 5 | 0 |
Sprawność: | 3 | 0 |
Zwinność: | 7 | 0 |
Reszta: 0 |
Biegłości | ||
Język | Wartość | Wydane punkty |
angielski | II | 0 |
Biegłości podstawowe | Wartość | Wydane punkty |
Anatomia | II | 10 |
Historia Magii | I | 2 |
Kłamstwo | I | 2 |
Numerologia | I | 2 |
ONMS | I | 2 |
Spostrzegawczość | II | 10 |
Zielarstwo | II | 10 |
Zręczne ręce | I | 2 |
Biegłości specjalne | Wartość | Wydane punkty |
Biegłości fabularne | Wartość | Wydane punkty |
Neutralny | - | - |
Rozpoznawalność | I | - |
Sztuka i rzemiosło | Wartość | Wydane punkty |
Sztuka (malarstwo) | II | 7 |
Gotowanie | II | 7 |
Aktywność | Wartość | Wydane punkty |
Latanie na miotle | I | 0.5 |
Taniec współczesny | I | 0.5 |
Biegłości pozostałe | Wartość | Wydane punkty |
Majsterkowanie | II | 7 |
Genetyka | Wartość | Wydane punkty |
Brak | - | (+0) |
Reszta: 12 |
[bylobrzydkobedzieladnie]
Ostatnio zmieniony przez Nena McKinnon dnia 23.08.22 15:28, w całości zmieniany 9 razy
tęsknotę w każdy dzień
Witamy wśród Morsów
twoja karta została zaakceptowana- znajdź towarzystwo •
- wylosuj komponenty •
- załóż domek
- mapa forum •
- pogotowie graficzne i kody •
- ekipa forum
Kartę sprawdzał: Tristan Rosier
Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 24.11.23 21:22, w całości zmieniany 1 raz
[01.12.22] Komponenty kwiecień/czerwiec
[25.02.23] Lipiec/sierpień
[15.12.23] Sierpień-listopad
[11.12.23] Wsiąkiewka (lipiec-sierpień); +3 PB
[03.01.23] Wsiąkiewka (kwiecień-czerwiec); +60 PD
[26.02.23] Wykorzystanie darmowej zmiany wizerunku
[23.06.23] Zdobycie osiągnięć: Dojrzały Mors, Na głowie kwietny ma wianek; +60 PD
[11.10.23] Zdobycie osiągnięcia: Witam i o zdrowie pytam; +30 PD
[23.10.23] Zdobycie Osiągnięcia: Weteran I, +100 PD
[11.12.23] Zdobycie Osiągnięcia: Dziwny jest ten świat; +30 PD
[11.12.23] Wsiąkiewka (lipiec-sierpień); +120 PD
[11.12.23] Zdobycie Osiągnięcia: Wór pełen ziół; +30 PD