Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dorset
Łąka przy plaży
Każdego dnia po zmroku czarodzieje oddają się tańcom i świętowaniu przy rozpalanych w lesie i na plaży ogniskach. Dziewczęta bawią się z chłopcami, którzy wyłowili ich wianki, pojawiają się zakochane pary, młodzież, a także dojrzali czarodzieje chcący nasycić się świąteczną atmosferą. Grają sprowadzeni przez organizatorów muzycy, wielu utalentowanych czarodziejów przynosi też własne instrumenty, a co jakiś czas wszyscy obecni śpiewają wspólnie zaintonowane przyśpiewki. Przy ogniskach świętują też pary, które zawarły małżeństwa w chabrowym rytuale - dziewczęta we wiankach z chabrów wita się entuzjastycznie, oklaskami.
W trakcie festiwalu przy ogniskach panuje radosna atmosfera, sprzyjająca nawiązywaniu nowych znajomości. Czarodzieje chętnie dzielą się otwartym alkoholem lub poczęstunkiem, dziewczęta mogą niespodziewanie zostać porwane do tańca.
Wśród świętujących czarodziejów krążą ceremonialne misy wypełnione pszenicznym piwem zmieszanym z fermentowanym kwiatowym miodem, tradycyjny napój Lughnasadh. Ze wspólnych mis pili wszyscy, przekazując je sobie z rąk do rąk. Naczynia zapełniały charłaczki w zwiewnych sukienkach noszące przy sobie duże miedziane dzbany.
W lokacji można opcjonalnie rzucić kością k6, by odnieść się do sytuacji losowej:
- sytuacje losowe:
- 1: Wpada na ciebie pijany młodzieniec, mocno popychając cię ramieniem. Spogląda na ciebie z zaskoczeniem i natychmiast zaczyna się kajać i przepraszać. Wyciągając w twoją stronę otwartą butelkę z ognistą whiskey, zachęca do wypicia wspólnej kolejki. Jeśli zdecydujesz się wznieść z nim toast, z radości wciśnie ci w ręce otwartą i pełną do połowy butelkę.
2: Jeśli jesteś kobietą - czujesz na sobie spojrzenie młodego chłopaka, który przez moment nie może oderwać od ciebie wzroku. W końcu podchodzi bliżej i wyciąga rękę, by poprosić cię do tańca. Wydaje się być lekko wstawiony i roztrzepany - zdaje się nie zauważać, czy jesteś w towarzystwie. Jeśli się zgodzisz, z entuzjazmu pocałuje cię w policzek.
Jeśli jesteś mężczyzną - czujesz na sobie spojrzenie ślicznej, jasnowłosej dziewczyny w wianku z dzikich kwiatów. Nieznajoma ma głęboki dekolt i krągłe biodra, a gdy tylko zerkniesz w jej stronę - puści ci perskie oko. Po chwili podchodzi w twoją stronę, by nagle chwycić cię za rękę i pociągnąć do tańca.
3: Rubaszny, rumiany czarodziej podchodzi do ciebie z butelką mocnego alkoholu. - Wypijmy brudzia! - proponuje, wznosząc toast. Wciska ci w rękę butelkę, a gdy się z nim napijesz - ściska cię serdecznie i soczyście całuje w obydwa policzki, na znak, że z nieznajomych zmieniliście się w przyjaciół.
4: Dziewczyna w zwiewnej spódnicy wiruje w samotnym tańcu, roześmiana i radosna, wpadając prosto na ciebie. Śmieję się do ciebie wesoło, przepraszająco ściska twoje ramię i odchodzi lekkim tanecznym krokiem.
5: Czujesz na skórze nogi coś mokrego, w pierwszej chwili wydaje ci się, że to po prostu fragment ubrania zamoczony w morzu lub ochlapany przez osobę, która z wody wyszła. Po chwili czujesz jednak wyraźnie, że to uczucie mknie w górę po twojej nodze, pod nogawką spodni lub pod płachtą spódnicy. To mała żaba, która wdarła ci się pod ubranie - i coraz trudniej będzie ci się jej pozbyć!
6: Podchodzi do ciebie niski młodzieniec o uśmiechu cwaniaczka. - Papierosy i skręty, w dobrej cenie. - proponuje szeptem, nachylając się do twojego ucha. Rozchyla torbę, w której widzisz paczki papierosów niskiej jakości (5 PM) i skręty z diablego ziela (5 PM/sztuka).
[bylobrzydkobedzieladnie]
Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 31.01.23 19:07, w całości zmieniany 2 razy
Nie przejmuję się, że mogłabym robić za łąkę w tej beżowej, długiej sukni w kolorowe, drobne kwiaty. Słomkowy kapelusz o szerokim rondzie oraz rozpuszczone włosy dopełniają efektu swobody. Sprawiają wrażenie nieuporządkowanego ładu, cokolwiek to znaczy. Mój najmłodszy brat zarzucił mi ostatnio takim określeniem i jakoś tak wyryło mi się ono w pamięci. Uśmiecham się na samo wspomnienie tamtego poranka. To dobre wspomnienie. To właśnie takie lubię zapamiętywać, magazynować w zatłoczonych, coraz czarniejszych myślach. Dziś ten fragment umysłu jest zamknięty i dostęp znajduje się jedynie do tych jasnych, pięknych historii, o których chce się pamiętać zawsze i wszędzie.
Wolnym krokiem przemierzam kolejne łąki aż docieram do polany niedaleko plaży. Macham na powitanie każdej znajomej kobiecie, a tych jest naprawdę wiele. Cieszę się, że postanowiły przyjść, smutno jedynie, że żadna o mnie nie pamiętała. Ale równie dobrze to ja mogłam pamiętać o nich, nie mam zatem żadnego żalu. Nadal się uśmiecham szeroko, pewnie, gdyż nic innego ponad radość dziś nie istnieje.
Wreszcie docieram w różne ciekawe alejki rozmyślając w samotności nad mało istotnymi sprawami. Myślę o pysznej zupie mamy Sprout, o Gryzaczku, najnowszym hipogryfie w hodowli, o Rowan rudością włosów mogącej wtopić się w tłum Prewettów, wreszcie o Prewettach. O Julce, o Archibaldzie, Miriam, Edwinie i Lorraine. Dawno z nimi nie rozmawiałam, ciekawi mnie jak się trzymają. Zwłaszcza Archie, który doświadczył wtedy w ruinach śmierci jednego z moich uczniów. Dobra, stop, zatrzymaj się Pom, znów za dużo myślisz o tragedii. Myśl o szczęściu tego konkretnego momentu. Tak, chwilo, trwaj, jesteś piękna.
Po zebraniu wszystkiego, równie leniwym krokiem jak poprzednio, zmierzam w stronę wybrzeża wraz z uplecionym wiankiem.
zt.
+
ty jesteś tym co księżyc
od dawien dawna znaczył
tobą jest co słońce
kiedykolwiek zaśpiewa
'Wianki - K' :
Żałuję, że nie ma tu ze mną Marcela. Jego uwagi odnośnie ubioru czarodziejów zawsze są dla mnie niezwykle cenne, bo przecież zależy mi, żeby nadążać za stylem oraz dobrym poczuciu smaku, bez konieczności wypytywania go o każdą jedną kreację. Niestety wstęp na łąkę mają jedynie kobiety, musimy więc się w pewnym momencie rozdzielić. Subtelne muśnięcie jego ramienia, filuterny uśmiech oraz kokieteryjne spojrzenie spod wachlarzu rzęs musi mu póki co wystarczyć. Nie robię tego specjalnie, ale muszę się upewnić, że będzie zażarcie walczył o wianek, którego poniosą wodne fale.
Kroczę niespiesznie wśród traw, uważnie wyglądając Solene, ale nigdzie nie mogę jej znaleźć. Czyżby odpuściła sobie ten zwyczaj? Wiem, że to niemiłe, co teraz pomyślę, ale jako stara panna tym bardziej powinna udać się w poszukiwanie kwiatów, żeby móc czym prędzej znaleźć jakiegoś godnego jej serca kawalera. Tu już nie chodzi nawet o to, co powiedzą ludzie, bo to mnie nie interesuje – ale martwię się o nią i o to, że nadal pozostaje samotna, kiedy niczego jej nie brakuje. Ani urody, ani wdzięku, ani talentu, ani mądrości. Wystarczy więc tylko chcieć, zrobić ten pierwszy krok, wysilić się nieco i potem zwyciężyć. Naprawdę w to wierzę.
Wzdycham więc trochę rozczarowana nieobecnością siostry, ale przecież nie będę teraz szukać sowiej poczty, żeby wygarnąć jej co o tym myślę. Muszę skoncentrować się na drodze, żeby znowu nie zaatakowała mnie cała masa dziwnych, leśnych stworzeń i nie wyrwała kwiatów z rąk, gdyż nie mogę pojawić się na wybrzeżu bez wianka. Dlatego ostrożnie stąpam po ziemi w poszukiwaniu idealnej ozdoby kwietnej, chociaż i tak wiem, że żadna z tych roślin nie dorówna memu pięknu.
zt.
+
oni miłość obłaskawią,tygrys będzie jadł z ich ręki.
I od ciebie dom twój się zajmie!
Stleją ściany, sprzęty najdroższe,
A ty z ogniem będziesz się żenił.
'Wianki - K' :
Piękna i zakochana, przyciągała spojrzenia. Zadbała o to, by wyglądać odpowiednio do swego nowego stanu cywilnego. Wybrała jasnoróżową suknię sięgającą ziemi, ozdobioną czerwonymi motywami róż, wyhaftowanymi na bufiastych rękawach oraz w talii. Chciała ją podkreślić, bowiem ze względu na swój błogosławiony stan, pozbawiono ją możliwości zakładania gorsetu. Mocno przeżywała tę niedogodność, czując się zawstydzająco bezkształtna. Dobro dziecka stawiała ponad sobą, zagryzając zęby i wierząc, że wizualne sztuczki ubioru nadadzą jej kobiecej sylwetce smuklejszego kształtu. Bała się, co będzie dalej, jak zacznie wyglądać w kolejnych miesiącach. Miłość do kształtującego się pod jej sercem życia skutecznie wyciszała jednak próżność, pozwalając Evandrze cieszyć się macierzyństwem. Dość już widocznym, zaokrągliła się, a niezdrową bladość ukryła pod grubą warstwą różu. Z ulgą przyjęła koniec pierwszego trymestru, wysysającego z niej wszystkie siły. Czuła się troszkę lepiej, dalej będąc słabowitą, lecz przenigdy nie odpuściłaby pojawienia się na Festiwalu Lata. A zwłaszcza wieczoru plecenia wianków.
Pojawiła się na łące elegancko spóźniona, ramię w ramię z swą nową siostrą, Melisande. Uniosła rąbek sukni, z niepokojem przyglądając się bujnej zielonej połaci. Jasnoróżowy materiał mógł się zazielenić a nie przeżyłaby spaceru po wybrzeżu z ohydną plamą. Stąpała więc ostrożnie, z podkasaną suknią, żałując, że nie zdecydowała się na towarzystwo służki. Ta krnąbrna dziewucha przydałaby się chociaż po to, by przytrzymać suknię oraz parasolkę, chroniącą Evandrę przed ostrym, letnim słońcem. Nie wypuszczała jej z rąk, nie chcąc, by na jej twarzy wykwitły plebejskie piegi. Czasy się zmieniały, niektóre damy uważały je za wręcz urocze, ale lady Rosier konserwatywnie uznawała je za chorobę skóry, szpecące nawet największe piękności. Współczuła więc Melisande, wspaniałomyślnie nie komentując wyglądu siostry.
- Nie mogłyśmy wymarzyć sobie piękniejszego dnia – powiedziała radośnie, wolną dłonią przytrzymując rękę Melisande. Ścisnęła ją z podekscytowaniem, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu znajomych twarzy bądź wdzięcznych obiektów interesującej rozmowy. – Liczę na odnalezienie krzewu róż – wyszeptała siostrze prosto do ucha. Nie wyobrażała sobie wianka bez kwiatów symbolizujących nową rodzinę i starą miłość, trwającą przez tyle lat. Pamiętała każdy znaczący sierpień, każde poławianie wianków, gdy to ten sam mężczyzna rzucał się przez falę, by zdobyć ten należący do niej. Nic się nie zmieniło, oprócz tego, że została jego żoną. Wierzyła w wróżby i moc festiwalu, zaklęte w rytuałach. Tristan walczył o nią uparcie i długo a dziś zadebiutuje na wybrzeżu nie jako natrętny adorator a jej mąż. – Szukajmy kwiatów razem, nie stanowimy chyba dla siebie konkurencji, moja droga - zdecydowała za siebie i Melisande, nie wypuszczając jej ręki. Nie wyobrażała sobie samotnego spacerowania po łące, nigdy nie stroniła od ludzi, potrzebowała ich podziwu a teraz, gdy była ciężarna, także wsparcia. Obawiała się, że przy schyleniu po kwiaty, może zakręcić się jej w głowie.
+
'Wianki - K' :
Plecenie wianków było chyba ulubioną festiwalową tradycją Charlie. Kiedy była dzieckiem i mieszkała w swoim rodzinnym Tinworth na wybrzeżu Kornwalii, często lubiła splatać wianki z morskiej trawy i znalezionej nieopodal na łące roślinności. Ozdabiała nimi jasne włosy, a kiedy na świecie pojawiła się mała Helen i była dość duża, by bawić się na dworze, często plotła wianki dla niej i uczyła ją splatać ze sobą łodyżki kwiatów i traw. To były sielankowe czasy i festiwale, na które każdego lata zabierali je rodzice, też takie były. Niestety po śmierci siostry matka już nie potrafiła czerpać z nich radości i zdecydowaną większość czasu spędzała w domu, szukając ukojenia w oparach mieszanek antydepresyjnych i uspokajających ziółek, których zużycie zawsze wzrastało, kiedy zbliżała się rocznica śmierci Helen. Teraz też nieubłagalnie się zbliżała i również Charlie czuła lekką niezręczność i nostalgię. W tym roku mijało pięć lat, odkąd jej siostry nie było na świecie. Gdyby żyła, miałaby teraz wakacje, a we wrześniu rozpoczęłaby czwarty rok nauki w Hogwarcie, którego nawet nie zdążyła zobaczyć.
Ale nie mogła ominąć festiwalu. Nawet w takich czasach stanowił dla niej sporą pociechę, cieszyła ją myśl, że choć świat stawał na głowie, istniały w nim nadal pewne stałe punkty, że niektóre tradycje toczyły się dalej. Poza tym, te okolice trochę jej przypominały rodzinną Kornwalię, i samo to już jej się podobało; ostatnimi czasy nie mogła odwiedzać rodzinnego domu tak często, jak by chciała, choć będąc w Dorset zamierzała na trochę zboczyć do rodzinnego domu, by zobaczyć się z rodzicami. Może Vera także się skusi, w końcu na festiwal przybyły razem. Charlie chciała się upewnić, czy wszystko z nimi w porządku, ostatnio jeszcze bardziej się o nich martwiła.
Również razem miały iść na wianki, choć w pewnym momencie się rozdzieliły i jej czupryna, równie jasna jak jej własna, gdzieś zgubiła się w tłumie dziewcząt zbierających się na łące i szukających kwiatów, z których mogłyby zrobić wianki. Rozejrzała się za nią; może Vera już się oddaliła? Widziała naprawdę sporo dziewcząt, które zbierały kwiaty. Wiele z nich zapewne liczyło, że ktoś wyłowi ich wianki. Charlie nie była pewna, czy ktokolwiek zwróci uwagę na nią, ale lubiła sam rytuał zbierania kwiatów i plecenia wianka, a także wypuszczania go na wodę. Z tą myślą poszła więc swoją ścieżką, zamierzając nazbierać kwiatów. Może później na wybrzeżu znajdzie siostrę?
+
'Wianki - K' :
To była jedna z najpiękniejszych części letniego festiwalu. Dla Lorraine samo obcowanie z naturą było czymś niesamowitym, dosłownie idealnym sposobem na spędzenie dnia, a jeśli można było do tego dołączyć nutę zabawy… to po prostu nie mogło się nie podobać. Ich szlacheckie podchodzenie celebrowało właśnie takie chwile i choć fakt, że to nie uczucie łączyło ich w pary, a dobre kontrakty to dla Lorraine rzucanie wianków było niczym spojrzenie w przyszłość. Dla niej już dawno spełnionej. Kobiety w szlacheckich rodzinach nie miały tego komfortu by kierować się sercem. Blondynce się udało, ale to było uczucie jedno na milion i rzadko kto mógł o tym szczerze pomarzyć. Tutaj zacierała się granica między tym co wypadało, a tym co było już przesądzone. To nadawało temu wszystkiemu jeszcze większej tajemnicy. Choć Lorraine od wielu lat była już mężatką to z chęcią rzucała swój wianek na wodę. Czasem po prostu po to by patrzeć jak jej mąż walczy by znaleźć ten upleciony przez nią, a czasem tylko dla przyjemności zbierania kwiatów i plecenia go w towarzystwie córki. Robiły to co roku, właściwie nawet wtedy gdy Prewettówna była w ciąży. To było jej marzenie na spędzanie czasu z własnym dzieckiem. Opowiadanie o tradycjach, wspólne zbieranie kwiatów, nic nie mogło się równać widokowi szczerego zainteresowania w oczach dziecka i radości z tego, że może być częścią takiego wydarzenia. A o festiwalu lata mówiło się przecież długo. Przygotowania często trwały nawet i cały rok. Ludzie spędzali cały tydzień w ich towarzystwie bawiąc się, pijąc, korzystając z uroków magii, która w ostatnim czasie dla nikogo nie była zbyt łaskawa. Lorraine właśnie weszła na polanę trzymając swoją córkę na rączkę. Dla niej też w ostatnim czasie magia nie była łaskawa. Choć szlachcianka miała nadzieje, że ta zdolność przyjdzie do nich dużo później to chyba liczyła, że nie będzie aż tak ingerująca. Chciałaby, żeby jej dzieci mogły się z niej cieszyć, a nie jej obawiać. Może właśnie dlatego blondynka próbowała odwracać uwagę swoich dzieci nawet takimi prostymi momentami. - Masz już pomysł na swój wianek? - zapytała córki przejeżdżając dłonią po jej teraz dłuższych już rudych włosach. - Pomyślałam, że możemy zacząć od jakichś delikatnych, białych kwiatków. - dodała rozglądając się po łące. Jak na tą porę to kobiet było całkiem mało. Może ta tradycja powoli zanikała. Dla Lorraine jednak to była naprawdę niezwykła tradycja, którą warto było celebrować. - A może zrobimy coś z tych kwiatków? - zapytała zatrzymując się i przysiadając na trawie tak ze materiał jej sukni otulał ją z każdej strony. Blondynka zaczęła pleść swój wianek tak by córka dokładnie wiedziała jak to się robi. Kto wie… może za rok gdy tu przyjdą to Mircia będzie mogła sama zrobić swój?
+
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
'Wianki - K' :
- Wiesz co Poppy, ja to się cieszę, że ze mną tutaj przyszłaś. Samej to bym się czuła co najmniej dziwnie. W ogóle to ta sukienka to może być? Nie wyglądam dziwnie...? Kiedyś to ona była w ogóle kremowa, lecz zachciało mi się jeść jagodowej, śpiewającej babeczki. Nie wiem co za alchemiczny wynalazek dodali do tych jagód, lecz niczym nie mogłam przebarwienia wywabić więc z braku laku to ja ją postanowiłam pofarbować. Nie wiem tylko czemu wyszła mi błękitna... - mówiłam, paplałam bo się jakoś tak chyba trochę mocno stresowałam. W sumie nigdy nie korzystałam z tej festiwalowej atrakcji. Bałam się też trochę zawodu, tego, że mój wianek okaże się zbyt lichy lub tego, że ten kto go znajdzie będzie mną zawiedziony. No proszę was... Jak ja się miałam do tych kobiet? Nie zdziwiło by mnie gdyby wszystkie wokół były jakimiś szlachciankami, a ja...? Ja sobie właśnie przypominałam, że tak właściwie to nie umiem nawet tańczyć. Super.
Zrobiłam nietęgą minę w chwili w której moja towarzyszka próbowała mnie pocieszyć. Chyba w ogóle też mnie za bardzo nie słuchała, zdawała się być pogrążona w jakichś rozmyśleniach albo w przeciwieństwie do mnie myślała o tym jak wykorzystać tą całą roślinność nas otaczającą. Ja to w sumie nie bardzo wiedziałam za co powinnam się zabrać. Kiedy ja coś w ogóle plotłam? Co ja tutaj robię? Miałam ochotę zawyć do księżyca. Ja to zawsze potrafiłam sobie robić pod górkę. Na własne życzenie.
Westchnęłam. Zaciągnęłam niesfornie latający mi przed oczami kosmyk za ucho i podciągnęłam nieco błękitną sukienkę ku górze, tak by wystające gałązki traw nie umęczyły jej rąbka. Przywdziałam bojową minę. Skoro już tu jestem to nie ma że boli, trzeba jakiegoś mężczyznę mną pokarać...
+
'Wianki - K' :
W lipcu byłam już spokojna, z kolei w sierpniu byłam po prostu sobą. Znowu oddałam się jedynej właściwiej miłości – nauce, ponownie spędzając nad zakurzonymi księgami całe dnie i niejednokrotnie noce. Miesiąc, w którym poznałam najbardziej absurdalne zakamarki swojego umysłu, nie sprzyjał mojemu zawodowemu rozwojowi i chociaż na początku miałam problem z powrotem na właściwą drogę, tak teraz było w porządku.
Byłam sama, w las zagłębiłam się bez szczególnych oporów, próbując znaleźć to, co ładne i duże, żeby łatwiej się splatało, a po kilku metrach miałam wrażenie, że chyba się zagubiłam, gdy z oczu straciłam pojedyncze sylwetki dziewcząt. Nie przyszło mi do głowy, że być może w tym rejonie nie było już żadnych kwiatów, a kiedy po kolejnych kilku minutach zorientowałam się – w zasadzie dostrzegłam ślady po roślinkach, które ktoś zmaltretował podczas wyrywania – zawróciłam tą samą drogą, z niej odbijając w inną ścieżkę. Na szczęście tam miałam więcej szczęścia, kiedy odnalazłam niezidentyfikowane polne kwiaty; kiedy tylko z ogromnym wyrzutem zerwałam je z ziemi, zbierając pokaźną ilość do kieszeni umieszczonej na środku sukienki, zawróciłam na polanę. Nie miałam pojęcia od czego zacząć, dlatego kilka długich minut zajęło mi podpatrywanie zadumanych dziewcząt i chociaż wiedziałam jak mniej więcej to powinno wyglądać, mój twór za nic nie przypominał ślicznego, zgrabnego wianka. Właściwie obawiałam się, że kiedy tylko zetknie się z falującą wodą, to rozpadnie się na czynniki pierwsze, dlatego niewiele myśląc rozpuściłam włosy, przeplatając długą, niebieską wstążkę pomiędzy kwiatami.
Nie traktowałam tego jako oszustwa, a raczej ostatnią deskę ratunku i kiedy uznałam, że teraz przynajmniej nie przyniosę sobie wstydu, skierowałam się na wybrzeże.
zt
+
'Wianki - K' :
Pozwoliła jednak wyciągnąć się Evandrze do Dorset, choć pozwoliła to było zbyt rozległe stwierdzenie sugerujące, że Melisande posiadała nad jej poczynaniami i planami jakąkolwiek władzę. Zgodziła się towarzyszyć jej - tak, to stwierdzenie zdecydowanie bardziej oddawało sytuację - w wyprawie do Dorset. Zresztą, nie tylko z faktu na kruchą przyjaźń która ich połączyła, ale i na ogrom innych spraw. Evandra nie powinna chodzić sama, była żoną jego brata, a wydarzenia pierwszomajowe ich wszystkich nadwyrężyły. Nie chciała by Tristan musiał się martwić - miał wiele innych zmartwień na głowie.
Przyciągała spojrzenia - Evandra, nie Melisande. A jednak lady Rosier nie miała jej tego za złe. Nie lubiła pławić się w blasku reflektorów, zdecydowanie wolała przemykać bokiem, choć i tak nie była w stanie ustrzec się od uwagi, którą poświęcali jej inni ludzie. Zdecydowanie jednak preferowała, gdy spojrzenia ściągała ku sobie Fantine, jej pozwalając na mało wymagające rozmowy z lordami i innymi lady, lub Evandra, od której ciężko było oderwać spojrzenie nawet, gdy nie używała swojego uroku. Nadal nosiła czerń przeplataną rodowymi barwami, która ściągała w jej kierunku słońce. Promienie otulały jej twarz, a z każdym słonecznym dniem jedynie mocniej uwidaczniały rozsiane na twarzy piegi, których szczerze nie znosiła. Kiedyś przykrywała je pudrem, jednak odeszła od tego zajęcia postanawiając kroczyć dumnie z tą niedogodnością. Nie zabrała parasolki, nie wiedzieć czemu, lubiła mieć dłonie swobodne i wolne.
Stalowoniebieskie spojrzenie prześlizgnęło się na bratową, gdy jej dłoń zacisnęła się na ręce Melisande. Łagodny uśmiech zagościł na jej twarz, rozświetlając oczy.
- To miła odmiana. - stwierdziła jedynie, nie chcąc wchodzić w głębsze rozważania na temat pogody. Ta, jak wspomniane zostało wcześniej, nigdy jej nie interesowała. - Jestem pewna, że jakiś znajdziesz. - zapewniła solennie, choć nie wiedząc czy słusznie. Nie była do końca pewna jakie kwiaty rosną w tej okolicy. I choć prywatnie kochała swoje rodowe kwiaty, nie zależało jej na odnalezieniu tych konkretnych. Nie zależało jej też na pleceniu wianków, nie sądziła by ktokolwiek miał schylić się po jej. Wątpiła, by puszczone na wodę kwiaty miały przynieść jej to, o czym pisano tak chętnie w książkach. Zaśmiała się lekko, odrzucając luźno głowę do tyłu. - Zdecydowanie nie. - zapewniła siostrę rozbawiona tym stwierdzeniem. Może zwyczajnie dlatego, że Melisande nie zależało. Ani na wianku, ani na tym, by ktokolwiek go wyłowił - choć z pewnością jej matka liczyła, że właśnie tak się stanie. Zgodziła się towarzyszyć Evandrze by mieć na nią oko i być pomocą w razie potrzeby, nie zaś by spełniać jakieś zrodzone w duszy pragnienia. Było jej dobrze dokładnie tak, z pracą w rezerwacie i rodziną w domu. - Dobrze się czujesz? - zapytała chąc się upewnić, nader wszystko liczyło się zdrowie kobiety która stała obok, tego jednego była pewna. Choć sama Evandra prawdopodobnie mogła być już zmęczona jej - i nie tylko - pytaniami o zdrowie i samopoczucie. Ruszyła jednak zaraz za siostrą, by zebrać kwiaty i upleść wianek, jakikolwiek, choć rzeczywiście, byłoby miło, gdyby udało im się znaleźć krzew róży.
+
You will crumble for me
like a Rome.
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dorset