Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dorset
Łąka przy plaży
Każdego dnia po zmroku czarodzieje oddają się tańcom i świętowaniu przy rozpalanych w lesie i na plaży ogniskach. Dziewczęta bawią się z chłopcami, którzy wyłowili ich wianki, pojawiają się zakochane pary, młodzież, a także dojrzali czarodzieje chcący nasycić się świąteczną atmosferą. Grają sprowadzeni przez organizatorów muzycy, wielu utalentowanych czarodziejów przynosi też własne instrumenty, a co jakiś czas wszyscy obecni śpiewają wspólnie zaintonowane przyśpiewki. Przy ogniskach świętują też pary, które zawarły małżeństwa w chabrowym rytuale - dziewczęta we wiankach z chabrów wita się entuzjastycznie, oklaskami.
W trakcie festiwalu przy ogniskach panuje radosna atmosfera, sprzyjająca nawiązywaniu nowych znajomości. Czarodzieje chętnie dzielą się otwartym alkoholem lub poczęstunkiem, dziewczęta mogą niespodziewanie zostać porwane do tańca.
Wśród świętujących czarodziejów krążą ceremonialne misy wypełnione pszenicznym piwem zmieszanym z fermentowanym kwiatowym miodem, tradycyjny napój Lughnasadh. Ze wspólnych mis pili wszyscy, przekazując je sobie z rąk do rąk. Naczynia zapełniały charłaczki w zwiewnych sukienkach noszące przy sobie duże miedziane dzbany.
W lokacji można opcjonalnie rzucić kością k6, by odnieść się do sytuacji losowej:
- sytuacje losowe:
- 1: Wpada na ciebie pijany młodzieniec, mocno popychając cię ramieniem. Spogląda na ciebie z zaskoczeniem i natychmiast zaczyna się kajać i przepraszać. Wyciągając w twoją stronę otwartą butelkę z ognistą whiskey, zachęca do wypicia wspólnej kolejki. Jeśli zdecydujesz się wznieść z nim toast, z radości wciśnie ci w ręce otwartą i pełną do połowy butelkę.
2: Jeśli jesteś kobietą - czujesz na sobie spojrzenie młodego chłopaka, który przez moment nie może oderwać od ciebie wzroku. W końcu podchodzi bliżej i wyciąga rękę, by poprosić cię do tańca. Wydaje się być lekko wstawiony i roztrzepany - zdaje się nie zauważać, czy jesteś w towarzystwie. Jeśli się zgodzisz, z entuzjazmu pocałuje cię w policzek.
Jeśli jesteś mężczyzną - czujesz na sobie spojrzenie ślicznej, jasnowłosej dziewczyny w wianku z dzikich kwiatów. Nieznajoma ma głęboki dekolt i krągłe biodra, a gdy tylko zerkniesz w jej stronę - puści ci perskie oko. Po chwili podchodzi w twoją stronę, by nagle chwycić cię za rękę i pociągnąć do tańca.
3: Rubaszny, rumiany czarodziej podchodzi do ciebie z butelką mocnego alkoholu. - Wypijmy brudzia! - proponuje, wznosząc toast. Wciska ci w rękę butelkę, a gdy się z nim napijesz - ściska cię serdecznie i soczyście całuje w obydwa policzki, na znak, że z nieznajomych zmieniliście się w przyjaciół.
4: Dziewczyna w zwiewnej spódnicy wiruje w samotnym tańcu, roześmiana i radosna, wpadając prosto na ciebie. Śmieję się do ciebie wesoło, przepraszająco ściska twoje ramię i odchodzi lekkim tanecznym krokiem.
5: Czujesz na skórze nogi coś mokrego, w pierwszej chwili wydaje ci się, że to po prostu fragment ubrania zamoczony w morzu lub ochlapany przez osobę, która z wody wyszła. Po chwili czujesz jednak wyraźnie, że to uczucie mknie w górę po twojej nodze, pod nogawką spodni lub pod płachtą spódnicy. To mała żaba, która wdarła ci się pod ubranie - i coraz trudniej będzie ci się jej pozbyć!
6: Podchodzi do ciebie niski młodzieniec o uśmiechu cwaniaczka. - Papierosy i skręty, w dobrej cenie. - proponuje szeptem, nachylając się do twojego ucha. Rozchyla torbę, w której widzisz paczki papierosów niskiej jakości (5 PM) i skręty z diablego ziela (5 PM/sztuka).
[bylobrzydkobedzieladnie]
Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 31.01.23 19:07, w całości zmieniany 2 razy
- Staram się go omijać szerokim łukiem. Całe szczęście chyba uważa mnie za coraz mniej godny jego cennego czasu obiekt. - stwierdziłam, przeplatając wianek drobnymi niezapominajkami i tłamsząc w sobie chęć poinformowania Seliny, że oto w okolicy zjawiła się kolejna dziennikarska hiena, nie chciałam wzbudzać niepokoju, dopóki nie upewnię się, że młodej Francuzki nie da się pozbyć w tempie ekspresowym. - Babka Lovegood byłaby zachwycona kolejnym potomkiem wybierającym sportową ścieżkę kariery. - zaśmiałam się, ignorując zupełnie to, że nasza droga prababcia właściwie nigdy nie była i pewnie nie będzie usatysfakcjonowana czymkolwiek, co dotyczy Setha, któremu przyjdzie płacić za moje życiowe wybory w kwestii małżeństwa i rodziny, uznawane przez niektórych za pomyłkę i mezalians. - Zawsze uważałam ją za feministkę. Pewnie tylko krzywiła się na pokaz, a tak naprawdę cieszyła się, że jej wychowanki z sukcesem dorównują mężczyznom w tych podobno mało kobiecych dziedzinach. - czyż nie wszystko jest piękniejsze, jeśli doszukam się w tym ukrytego dna i dopasuję elementy układanki tak, by tworzyły barwniejszy obraz?
Może nasze podejścia do relacji damsko-męskich były zbyt różne, byśmy mogły zgodnie o nich rozmawiać. Przez chwilę skupiałam się na wianku, jakby od tego zależało moje życie, odsuwając od siebie myśl, że zaprzeczyłam zbyt gorliwie i zbyt szybko, chwilę później zacisnęłam usta w wąską kreskę, gdy wspomniany został Tristan. Moja szkolna miłość, moja pierwsza drzazga w sercu.
- Łatwo jest być kochliwym. Ciężej oddać komuś całe swoje serce. - mruknęłam, pastwiąc się nad kolejną partią kwiatów, po czym uśmiechnęłam się pod nosem na samą myśl o paniczu Rosierze opowiadającym mi o miłości. Czy po wszystkim, co nas łączyło i rozdzierało, nie trącałoby to parodią? - Zazdroszczę ci. Szczerze. Chyba ostatni raz byłam samodzielna i niezależna jeszcze w szkole. - nie wiem nawet czy potrafiłabym spędzić sama w domu tydzień, wizja pozostawania sam na sam ze swoimi myślami na pewnym etapie zaczęła mnie przerażać i zmuszać do bezustannego szukania towarzystwa, przy którym czułam się bezpiecznie. Dalsze rozmyślania i rozmowy przerwało nam ogłoszenie wyników, które przyjęłam bez większego zaskoczenia (bo od kiedy polne kwiaty zostają uznane za najpiękniejsze?), ale i bez żalu. Obie skończyłyśmy swoje pokazy rękodzieła na wyższym poziomie, uśmiechnęłam się więc do Seliny, jakby uśmiech ten miał wymazać wszelkie jej wątpliwości co do moich dziwnych pytań i podniosłam się z trawy, ściskając wianek w dłoni. - Uważaj, kochana, jeszcze ci znajdziemy miłość życia. - zaśmiałam się beztrosko, wybierając wizję przyjemniejszą niż topiący się nieszczęśliwcy, ginący w imię tradycji, po czym wspólnie w innymi przedstawicielkami płci pięknej udałyśmy się na wybrzeże.
zt x 2
until you come back home
all bright things must burn’
Westchnęła ciężko, wznosząc oczy ku niebu. Nie wierzyła we wróżby, ani w sny. Była czarownicą, owszem. Czarownicą z dziada pradziada, jej szlachetnej krwi nie skaził żaden mugol, wedle własnego mniemania była więc czarownicą lepszą od innych, dużo lepszą, bo jedną z ostatnich…
… z tych prawdziwych.
Szlamy i zdrajcy krwi. Co mogło gorszego spotkać ten świat? Brudni, plugawi, niewdzięczni i obrzydliwi. Tak się jej jawili i pragnęła jedynie ich krwi. Krwi, która splami ziemię, ich ostatniego tchnienia, nim odejdą pustki. Na nic nie mogło czekać przecież nic innego, jak tylko ziejąca, ciemna pustka. Nicość.
Ryba była symbolem, która dawała nadzieję. Nadzieję na lepsze dni?
Na dni, kiedy czarodzieje przestaną się ukrywać? Kiedy zawładną światem, który należy do nich? Nie do mugoli, nie do szlam. Do NICH.
Idąc trafiła na plażę, bo skoro już tu była… dlaczego by nie? Matka kazała dopełnić jej tradycji, której hołdowały czarownice zamężne, czy też nie od wieków. Czarownice czystej krwi. W obowiązku Daphne było więc nie dopuścić, by o tych obyczajach zapomniano, by odeszły w niepamięć. Pokonując własną niechęć do podobnych obrządków zmusiła się do pójścia na plażę, by zbierać kwiaty.
Ku chwale ironii.
W jasnej sukni, ze srebrzystymi włosami splecionymi w misterny warkocz, z kwiatem w dłoni wyglądała niczym anioł, czyż nie? Miała tak delikatne rysy twarzy, jasne i przejrzyste oczy, uśmiechała się łagodnie do swych myśli. Uroczy obrazek tak pasujący do otoczenia…
… lecz tak bardzo nieprawdziwy, w myślach miała bowiem wyłącznie pragnienie krwi.
I offer you eternal sleep
owce nigdy nie będą bezpieczne
'Kwiaty' :
Pal licho te wszystkie tradycje, warczała pod nosem, dostrzegając jednocześnie, że spódnica sukni ubrudziła się pyłem. Była coraz bardziej wściekła. Tak zła, że zaczęła rozmyślać, czy tego nie porzucić – a żeby zamknąć usta plotkarzom (na których jej pani matka była wyjątkowo wrażliwa)…
… transmutować te kwiaty. Ot, nic prostszego. Kilka machnięć różdżką i słów, a jej wianek byłby najpiękniejszy. Daphne była próżną kobietą, jak wszystkie czarownice szlachetnej krwi. Pragnęła czuć się najlepsza na wszystkich polach.
Och, zaraz.
Ona już się tak czuła.
Przysiadła na pniaku, by odetchnąć, nie zwykła przecież biegać po wzgórzach jak jakiś brudny mugol. Zazwyczaj siedziała zamknięta z księgami i własnym kociołkiem w ciemnej pracowni, gdzie trudno było nawet o światło, tak uparcie zasłaniała okiennice, przez co nabawiła się chorobliwej wręcz bladości. Już miała machnąć różdżką, gdy…
… ciszę przerwał jej pisk bólu, kiedy coś ugryzło pannę Rowle w kostkę. Zdenerwowała się jeszcze bardziej, dostrzegając, że to cholerna błotoryja i prędko potraktowała ją odpowiednim zaklęciem. Już miała unieść różdżkę i wyszeptać Avada kedavra, nie miała żadnych skrupułów, lecz wtedy dostrzegła polanę. Uśmiech pełen triumfu wykwitł na ustach panny Rowle, która zapominając o tym stworzonku, niemal pędziła jak jakaś biała zjawa w stronę kwiatów, by uklęknąć wśród nich i zrywać je ostrożnie.
Ale zaraz.
Czy ona kiedykolwiek plotła wianek?
I offer you eternal sleep
Ostatnio zmieniony przez Daphne Rowle dnia 27.05.17 20:54, w całości zmieniany 1 raz
owce nigdy nie będą bezpieczne
Powróciła na łąkę wraz z kwiatami, gdzie przysiadła przy Evandrze i dokończyła wianek - starając się jednak zachować stosowny dystans, dostrzegłszy nieopodal jej przyszłą teściową, niewiasta taka jak panna Lestrange nie powinna być publicznie widziana z kimś takim, jak Cassandra Vablatsky. Pozwolila Lisie ozdobic wianek własnoręcznie, obserwując w tym czasie zwinne, smukłe dłonie harfiarki, po czym w trójkę wraz z innymi odeszły w kierunku wybrzeża, gdzie miała rozpocząć się ceremonia.
/ zt Cass, Lisa i Eva
prządką
Festiwal lata. Który to już raz miała puścić pierwszy wianek? Kiedyś było to przyjemne. Ostatecznie lubiła czasami być w centrum uwagi i mimo iż na codzień raczej odtrącała od siebie romantyczne myśli, skupiając się raczej na nauce i pracy, w ten dzień lubiła popuścić wodzę fantazji. Mijał jednak rok za rokiem, a puszczanie wianka powoli przestawało być przywilejem, stawało się aktem naznaczenia jej. Przyciągało coraz więcej spojrzeń, coraz więcej uwag. Wyczekiwała aż któraś z młodszych kuzynek ukończy siedemnasty rok życia, by zastąpić ją w tej czynności. Nie czuła się źle jako stara panna, zwyczajnie nie myślała o tym na codzień, było jednak w tym określeniu coś złego, wrogiego. Stara panna to ciężar dla rodziców, problem. Stara panna to kobieta, której nikt nigdy nie zechciał.
Kwiatek do kwiatka. Plotła powoli, w ciszy. Nestor dość wyraźnie wyraził nadzieję, iż to już ostatni raz kiedy spełnia tę powinność. A co ona myślała o tym wszystkim? Dawno już zgodziła się na swaty, chyba nawet polubiła Ulyssesa. Była pomiędzy nimi nić porozumienia, mieli ze sobą trochę wspólnego i chyba nie mogła jak narazie oczekiwać więcej. Nie była romantyczką, nie wierzyła w miłość od pierwszego wejrzenia, nie była nawet pewna czy na prawdę wierzy iż miłość jest dla każdego. Zauroczona była jeden raz, dość boleśnie choć i ten incydent był w tej chwili jedynie wspomnieniem.
Mimo to lubiła patrzeć na brata i jego żonę. Wydawali jej się idealni, pod każdym względem dograni, nie musieli nic robić, a sam sposób w jaki po prostu funkcjonowali obok siebie był w jakimś sensie godzien podziwu. To, że są razem wydawało się absolutnie oczywiste i logiczne. I oczywiście, pracowali na to przez lata, o tym też Julia wiedziała, trudno jednak było jej wyobrazić sobie samą siebie w podobnej symbiozie.
Być może była zbyt zapatrzona w siebie?
Wianek był jasny, całkiem zgrabny. Dookoła były inne kobiety, żadna jednak nie odzywała się do innych. Część z nich może wierzyła w sens tego obrzędu, inne uczestniczyły w nim bo był po prostu ładny, przyjemny.
Ulysses. Była szalenie ciekawa, jak to wszystko potoczy się dalej. Była ciekawa, czy w ogóle będzie zawracał sobie głowę czymś tak trywialnym jak łowienie wianka, choć byłby to bardzo uroczy gest. Była ciekawa, jak dalej będzie wyglądała ich znajomość. Presja oczekiwań wszystkich wokół choć starali się jej nie zauważać, przeszkadzała, żadne z nich nie mogło jednak w swoim wieku oczekiwać niczego innego.
Wstała, związawszy ostatnie łodyżki, żeby wianek dobrze się trzymał i spokojnie ruszyła na plażę, by tam puścić w wodę splecione ze sobą kwiaty.
zt
+
To anyone willing to buy.
He steals the image in her kiss,
From her hearts apocalypse.
'Wianki - K' :
Słońce wznosiło się wysoko na niebie, a jego ciepłe promienie przyjemnie grzały w policzki. Delikatny wiatr przynosił ukojenie podczas upalnego dnia, a zmysły pieściły zapachy kwiatów, lasu i cały bukiet perfum dziewcząt, które zgromadziły się na łące przy plaży. Wszędzie było głośno i radośnie. Rozbrzmiewały wokół śmiechy, rozmowy i muzyka; wszyscy byli tak przejęci i uradowani trwającym Festiwalem Lata, zupełnie jakby zapomnieli o tym wszystkim, co się stało i co trwało nadal. [iTo takie dziwne[/i], myślała panna Pomfrey, wędrując pośród nich. Zachowują się jak gdyby nigdy nic... Nie potrafiła im mieć jednak tego za złe, poniekąd to rozumiała. Ich świat przesuwał się w przepaść po równi pochyłej, nie było od tego ucieczki, choć próbowali. Pogrążali się w coraz większym smutku i chaosie jakże by mogła winić innych, że pragną się od tego oderwać? Chociaż na chwile zapomnieć i znów poczuć niczym niezmąconą radość? Ona też tego potrzebowała, nawet jeśli nie przyznawała się głośno. Desperacko pragnęła wyrwać się z zimnych mgieł lipca i smutku, które ze sobą przyniosły. Dlatego pojawiła się na Festiwalu Lata, biorąc udział w radosnych zabawach tak jak inni, choć ból i strach po pożarze Ministerstwa i ofiarach jakie pochłonął nie przeminęły. Czuła się jednocześnie winna, pamięć o nich wciąż miała gdzieś z tyłu głowy, lecz uśmiech sam pojawiał się na ustach, gdy widziała tyle szczęśliwych dziewcząt, podekscytowanych zabawą, plotkujących szeptem o tym, kto wyłowi ich wianek.
Sama nie wiedziała dlaczego zjawiła się na łące. Nie szukała przecież ani męża, ani miłości. Miłość znalazła przed laty, doskonale pamiętała moment, w którym Charlie wyłowił jej wianek podczas ich pierwszego festiwalu lata z dumną miną zwycięzcy, a ona zarumieniła się wówczas jak piwonia... Zgodnie z tradycją nie mogła odmówić mu wtedy tańca, a on nie wypuszczał z rąk jej dłoni aż do brzasku. Czuła się wtedy naprawdę szczęśliwa - i wiedziała, ze to już się nie powtórzy, a Charlesa Bella zabraknie wśród mężczyzn, którzy będą łowić wianki.
Starała się odegnać przykre myśli. Skupiła się na radosnej paplaninie Sally, odwzajemniała jej uśmiechy. Kroczyła u boku przyjaciółki ubrana skromnie i schludnie: w odświętnej, białej koszuli i długiej, niebieskiej spódnicy z lekkiego materiału. Przed ostrym słońcem chroniła się chustą w kwiaty na głowie, spod której wyłaził ciasny warkocz. Festiwal może i być świętem miłości, ale skromnie trzeba było prezentować się zawsze.
- O twój wianek na pewno wszyscy będą się bić, Sally - powiedziała przyjaciółce ze śmiechem, wyruszając na poszukiwanie kwiatów, z których uplecie swój własny.
+
że jeżeli gdzieś jest piekło,
to tu
'Wianki - K' :
Pominięcie festiwalu wydawało się czymś niewłaściwym. To był tydzień lata, gdzie mogła być w pełni sobą, cieszyć się z obecności przyjaciół, niczym się nie zamartwiając. Tak było w okresie nauki w Hogwarcie, wcześniej, przychodziła tu z rodzicami, braćmi i kuzynostwem, zafascynowana magią, która unosila się w powietrzu. Każde dziecko takie było – najpewniej wyobrażała sobie dorosłą siebie w roli jednej z tych panien. Musiało tak być, co prawda nie pamiętała żadnej z tych chwil – nie tak naprawdę. Przyzwyczaiła się już do tego, że posługuje się wiadomościami wyłowionymi z licznych wspomnień i historii – dzięki Jamiemu mogła zobaczyć fascynacje w oczach młodszej siebie. Ekscytacja, którą czuła na myśl o festiwalu, też była pewną wskazówką. Przywykła już do tego, że nie pamięta tak naprawdę – całe grono przyjaciół, Zakon, dwójka braci była dla niej niezwykłym oparciem. Bez Alexandra najpewniej zwariowałaby albo doprowadziła do szaleństwa wszystkich znajomych - w Selwynie miała oparcie, którego potrzebowała. Wspólnie przeczesywali gazety, numer po numerze nadbudowując swoją wiedzę o najważniejszych wydarzeniach z magicznego świata. Tak, Alex był dla niej największym oparciem, towarzyszem do emocjonalnych rozmów i tych, w których poddawała pod wątpliwość całe zdarzenie. Stopniowo odbudowała własną historię. Co więcej, w miarę pozyskiwanych wspomień, zaczęła myśleć, że taki dogłębny reset tylko jej przysłużył. Przetrwała pierwsze tygodnie pełne zagubienia i z perspektywy czasu stała się bardziej sobą, niezakłóconą wszystkimi zawirowanimi przeszłości. Pomimo odbudowy częścio wspomień, musiała zdefiniować siebie na nowo, przeżywając życie, które miała przed sobą najlepiej jak tylko umiała. A gdzie znajdzie na to lepszy sposób niż na festiwalu u Prewettów? Dni festiwalu chciała spędzić jak najintensywniej się dało – od brzasku do późnego wieczora świętując – branie udziału w najróżniejszych konkurencjach, też się do tego zaliczało. Ten dzień chciała jednak spędzić tylko z Alexandrem, który stał się jej oddanym towarzyszem, praktycznie od momentu jego powrotu do Dziurawego Kotła. Jakże mogłaby mu całkowicie nie ufać, skoro i jego wspomnienia gdzieś uleciały? Wcale też jej nie przeszkadzało, że poleganie na własnych odczuciach do niego, rozdmuchało się do niebotycznych rozmiarów. Umówili się gdzieś na łące, póżniejszym popołudniem, jednak wśród zebranych nie potrafiła wyłapać jego osoby. Zdawkowo odmachała kilku osobom, których nie rozpoznawała - do nierozpoznawania twarzy także przywykła - ciesząc się, że nikt jej nie zaczepia. Nie obawiając się, że się Lex nie pojawi, zabrała się za wyszukiwanie kwiatów. Nieśpiesznie oddaliła się w nieznanym sobie kierunku, pozwalając by nogi poniosły ją w odpowiednią stronę.
[bylobrzydkobedzieladnie]
+
these violent delights have
violent ends...
Ostatnio zmieniony przez Josephine Fenwick dnia 22.05.18 15:08, w całości zmieniany 1 raz
'Wianki - K' :
Delikatne płatki nozdrzy rozszerzają się nieznacznie, gdy dochodzi doń aromat kwiatów pyszniących się w słońcu oraz wonnej trawy uginającej się pod ciężarem gibkich ciał, okraszonej morską solą osiadłą w powietrzu. Zapachy te zdają się przenikać, nachodzić na siebie tworząc mieszankę nader odurzającą, acz w przedziwny sposób się uzupełniającą — może jest to zasługa wiatru ciągnącego od strony wybrzeża, łagodzącego ich siłę. Każdy jego mocniejszy podmuch zaprasza luźno opadające płomiennorude pukle włosów do swoistego tańca, kwitowanego ledwie zauważalnym wykrzywieniem dużych, ładnie skrojonych warg w pogodnym, iście beztroskim uśmiechu. Festiwal Lata trwał w najlepsze, a sądząc po bezmiarze podekscytowanych głosów zgromadzonych na łące panien oraz szanownych matron — oto nastała jego najbardziej wyczekiwana część.
Skryta pośród wysokich traw upstrzonych jasnymi główkami stokrotek pozwala, by ciepłe promienie pieściły odsłoniętą biel szyi, podczas gdy wzrok czarnych niczym noc oczu wbijała we własne dłonie. Nie dane było nikomu wypatrzeć nań ni jednego pierścionka, czy to ciążącego na smukłym palcu niczym pechowy omen niekwestionowanego końca wolności, czy też będącego słodką obietnicą zatonięcia w ukochanych ramionach, bądź też uznawanego za zwykłą ozdobę tkwiącą tam dla samego sentymentu. Nie, były to po prostu drobne dłonie, poznaczone odciskami pochodzącymi od lat pracy oraz nieustannego latania na miotle. Ich bladość gdzieniegdzie znaczyły pojedyncze, niemal niezauważalne rysy, zbyt małe by mogły uchodzić za blizny i zbyt duże, by można uznać ręce uzdrowicielki za nieskazitelne. Jednak te same dłonie były zdolne do złożenia kości bez użycia zaklęć, do splatania średnio skomplikowanych wzorów wyplatanych makram i z pewnością, były w stanie poradzić sobie z czymś tak prostym, jak stworzenie wianka. W końcu była Sproutem i jeśli cokolwiek to znaczyło — a znaczyło wiele — to obcowanie z roślinami nie powinno być problemem. A jednak tu była, wciąż wpatrzona we własne dłonie, ze spódnicą wypełnioną zielem oraz kwieciem konwalii, niezapominajek, fioletowego bzu oraz fiołków. Nie mogąc się zmusić to wykonania, chociażby jednego ruchu, z echem słów panny Solene wciąż odbijającym się w umyśle. A co jeśli nikt go nie wyłowi? Co, jeżeli niezauważenie prześlizgnie się między sylwetkami walczącymi zacięcie z żywiołem, pragnącymi za wszelką cenę uzyskać przychylność swej wybranki i odpłynie hen daleko, aż za horyzont? Czy prześle jej pocztówkę? Czy jakaś wodna stwora go sobie przywłaszczy? Czy też zatonie w zapomnieniu, pozostawiając na brzegu samotnego rudzielca, który po minutach nieustającego, acz bardzo prywatnego upokorzenia zdecyduje się poszukać szczęścia w kieliszku czegoś mocniejszego? Czy będzie to oznaczało, iż nie jest warta żadnego wysiłku, a miłość sądząc po wszelkich przesądach — nie jest jej pisana wcale? A co jeśli? A czy...?
Czy? Czy? Czy? Jasne brwi marszczą się, a nagła złość wkrada się w nieprzenikniony heban ślepi dziewczęcia. Czy? Czy? Czy? A co jeśli tak? A co jeśli nie? Wreszcie wydaje z siebie cichy, acz nader zdegustowany własną osobą odgłos. Była w końcu Rowan, w dodatku Rowan `Red` Sprout i jeśli wianek przezeń spleciony postanowi odkryć w sobie ducha przygody, to trudno! Jeżeli przyjdzie jej spędzić wieczór samotnie, przynajmniej będzie mieć fantastyczne towarzystwo. I kiedy miną lata, a ona zajęta pracą nie zdecyduje się wejść na wojenną...miłosną — ? — ścieżkę, wtedy to wdroży swe tajne plany hodowli hipogryfów oraz kugucharów, dzięki którym zdobędzie władzę nad światem. Tak też będzie dobrze. Przegoniwszy w ten sposób wszelkie rozterki oraz wahania, strzepnęła z sukienki zebrane wcześniej kwiaty i wstała, gotowa szukać ładniejszych okazów. Dobry humor zdawał się na nowo zagościć w sercu Red, tak też nucąc cicho, ruszyła przed siebie, z ciekawością podpatrując, jak idzie innym dziewczętom.
To będzie dobry dzień. Nie ma innego wyjścia!
+
Please pull me from the dark,
And show me hope again...
'Wianki - K' :
Stanęła na brzegu w długiej, zwiewnej sukience z nisko osadzonym stanem, którą na biodrach przytrzymywał cienki sznurek. Miała kolor złamanej bieli, gładki materiał przełamywały hafty w kształcie kwiatów. Luźna góra dobrze leżała na jej ramionach. Łódkowaty dekolt odsłaniał ledwie obojczyki i kark, materiał spływał szerokimi rękawami aż po nadgarstki. Włosy miała rozpuszczone, gładko układały się na plecach. Nie wzięła ze sobą ani kapelusza, ani tiary. Zapomniała też o wszelakich ozdobach. Na łące przy plaży pojawiła się w towarzystwie. Rineheart nie chciała przyjść, ale z pomocą Tonks (którą równie trudno było odciągnąć od ksiąg) udało jej się zaciągnąć ją siłą. Próbowała wymigać się pracą, której teraz, w tym czasie, było tak wiele. Ale to tradycja, w której powinny wziąć udział, oddać się lekkiej zabawie, odsuwającej ponure myśli, które chmurnie napływały do głowy, a nawet uczcić pamięć tych, którzy już nigdy nie uczczą czarodziejskiego święta. One mogły wciąż korzystać z dobrodziejstw życia, nie powinny pozwalać, by cenne chwile uciekały im między palcami. Nikt, poza wróżbitami, nie wiedział co przyniesie jutro.
— Obiecajcie mi, że jeśli nikt nie wyłowi naszych wianków, ukradniemy dzban wina i skryjemy się w trawie na resztę wieczoru — powiedziała, wzdychając zaraz po tym. Rozejrzała się dookoła. Część panien zebrało się już w pobliżu. Niedaleko dostrzegła Poppy i Sally, którym energicznie pomachała z oddali. Nie mogły jej nie zauważyć, dostrzegłby ją każdy z odległości kilkunastu jardów. — Ciekawe, czy moi bracia przyjdą — mruknęła do siebie. Liczyła na to, że Benjamin zapoluje na wianek Jackie. Justine mogła liczyć na Samuela, a ona musiała liczyć na Josepha. Nie mógł jej zawieźć. O wiele bardziej wolała spędzić ten wieczór z kochanym bratem, niż z jakimś nachalnym kawalerem. — Pamiętaj, Rineheart — powiedziała do Jackie, w milczeniu już przypominając jej splot niewidzialnych kwiatów, po czym uścisnęła je obie, mocno, by po chwili, śladem innych czarownic udać się w pole. Dosłownie w pole.
+
With a bullet in his clenched right hand
Don't push him, son
For he's got the power to crush this land
Oh hear, hear him cry, boy
'Wianki - K' :
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dorset