Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dorset
Brzeg
Organizowane w Weymouth pod przewodnictwem Prewettów uroczystości od setek lat łączyły czarodziejów niezależnie od ich pochodzenia, majętności i zajmowanych stanowisk. Miłość wszyscy świętowali wspólnie. Sierpień był czasem radości i spokoju dopóki nie rozpętała się wojna. Wynegocjowane w czerwcu zawieszenie broni pozwoliło czarodziejom i czarownicom na powrót do tradycji po dwóch latach walk i rozlewu krwi. Choć strach nie opuszczał ludzi, pozwolił im na chwilowe odetchnięcie od toczonych bitew i ucieczkę przed koszmarami.
Weymouth na nowo wypełniło się śpiewem, słodkimi zapachami, gwarem rozmów i przede wszystkim ludźmi. Tradycyjnie wianki plecione były przez panny, które ofiarowały je kawalerom. Zrywały kwiaty w samotności rozmyślając o własnych uczuciach, ale dziś plotły je także zamężne czarownice, w parach i grupach, ufając, że w ten sposób przypieczętują swój związek. Z kwietnymi koronami kierowały się ku plaży, gdzie puszczały na wodę wianki. Tam zainteresowani nimi kawalerowie, mężowie, narzeczeni i sympatie rzucali się morskie fale, by wyłowić dla wybranki serca jej wianek. Stara tradycja mówi, że panna nie może odmówić tańca kawalerowi, który wyłowi jej wianek.
Wśród świętujących czarodziejów krążą ceremonialne misy wypełnione pszenicznym piwem zmieszanym z fermentowanym kwiatowym miodem, tradycyjny napój Lughnasadh. Ze wspólnych mis pili wszyscy, przekazując je sobie z rąk do rąk. Naczynia zapełniały charłaczki w zwiewnych sukienkach noszące przy sobie duże miedziane dzbany.
▲ W wiankach może wziąć udział nieograniczona ilość multikont, nieograniczoną ilość razy, ale każda postać może tylko raz rzucać kością Wianki. Rzucać kością Wianki nie mogą postaci, które pojawiły się na Wielkiej uczcie w Londynie. W losowaniu mogą brać udział wyłącznie aktywne postaci.
▲ Wyjątkowo w temacie może przebywać więcej niż jedno konto tej samej osoby jednocześnie.
[bylobrzydkobedzieladnie]
Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 31.01.23 19:08, w całości zmieniany 2 razy
Wodził wściekłym spojrzeniem od oczu do oczu, z nich wszystkich wyłuskując jedynie wzrok Justine, który mówił mu to, czego zdołał już się domyślić. Zarejestrował łzy cieknące po policzkach Kerstin i jej odruchowe słowa, ale szybko puścił upomnienie w niepamięć, niewzruszony brakiem kultury - to nie on dawał jej największy popis, nie on ją wyzywał i upokarzał przed tłumem, nie; zresztą, jego najłatwiej było tu zignorować - i świetnie, czasami opłacało się nic nie znaczyć, wtedy z łatwością dało się wyparować z centrum zamieszania. Wysuwając się przed młodszą Tonks osiągnął, co zamierzał - nikt się na nią nie rzucił, przynajmniej nie fizycznie, a kiedy oddalała się szybkim krokiem, zmrużył tylko oczy i nie wołał jej. Nie było po co, nie mógłby za nią iść, nie teraz, nie z dzieckiem - z zaciśniętą szczęką wbił spojrzenie w ten cholerny wianek, licząc na to, że zaopiekuje się nią siostra, a on sam zdoła znaleźć ją później. Uwagę musiał przenieść na Penelope, lecz zanim przestąpił w jej stronę pierwszy krok, usłyszał własne imię wypowiadane głosem rebeliantki.
- Innym razem - opowiedział burkliwie, zerkając na Justine przelotnie, przy okazji zauważając, że jej liche dzieło trafiło w ręce Cattermole'a, którego zjechał nieprzychylnym spojrzeniem od stóp do głów, zanim odwrócił się bez dodatkowych komentarzy, by energicznym tempem dołączyć do siedzącej na piasku Penny, już w tej krótkiej drodze głowiąc się nad sposobem na odwrócenie dziecięcej uwagi - byłoby prościej, gdyby miał w tym większe doświadczenie.
| zt
bruise by bruise
Dobiegła rychło w czas, podbijając wybijanym rytmem kroków brzeg rozwianej spódnicy, co furkotała za nią, niby pogrążone w granacie inkaustu skrzydła. Buty rzuciła gdzieś przy namiotach i z wiankiem wciąż uczepionym dłonie, ruszyła w ślad za umykającym zwierzęciem, które wydawało się wyjątkowo poruszone, gdzieś we wspomnieniu trącając napięta nagle strunę niepokoju - śukar, jav ke me! - zawołała, chcąc między słowa wpleć znajomą czułość, którą serwowała srokatej tinkerce, gdy były same. Nie miała pojęcia , co wprawiło kobyłkę w taki pośpiech, ale linka ciągnęła się w kurzu, gdy galopem przecięła drogę. Na głos jednak zareagowała w końcu, zwalniając i robiąc koło, ale - i Aisha i rozgrzany emocją rumak, zdążyli pokonać spory kawałek. Jeszcze trochę, a wbiegłaby między festiwalowe kramy i rozstawione gęściej stoiska. Bliżej za to brzegu, na którym miała spotkać się z dziewczętami.
Zatrzymała bose kroki, dokładnie tak, by Betty zdążyła dostrzec i jej spokój - No już, wszystko w porządku. Chodź - Nie poruszyła się, czując jak mięśnie wciąż drgają zdradliwie pod skórę, zmuszone jeszcze przed chwilą do intensywnego i nagłego wysiłku. Ze splecionych wcześniej włosów, pozostało ledwie kilka spięć, pozostawiając kruczą czerń loków rozpuszczonych, niby płynąca kręto kaskada strumieni.
- W takim razie, jedziesz ze mną - szepnęła, gdy opuszczając głowę coraz niżej, kobyłka zbliżyła się, szukając w jej obecności spokoju. Odetchnęła pełniej, w końcu, wydychając ciepłe powietrze w rozszerzone nozdrza zwierzęcia, gdy sama pochylała się opierając czoło o koński łeb.
Wianek, chociaż odrobinę poluźniony biegiem, wciąż trzymał się nieźle. Wyciągnęła ze splotu kilka długich łodyg, które podsunęła pod koński nos. Nim się obejrzała, roślinki zniknęły z dłoni. Wsunęła finalnie obręcz kwiatów na włosy, by zaraz potem zgarniając linkę haltera, zwinnie wsunąć się na grzbiet tinkerki. Pochyliła się ponownie, zsuwając dłonie wzdłuż umięśnionych, końskich łopatek, gładząc zwilgotniałą od biegu skórę i sierść - Tylko mnie nie wydaj - szepnęła, do strzyżonego czujnie ucha. A chociaż odpowiedziało jej tylko ciche parsknięcie, wystarczyło lekkie dotkniecie łydki, by ruszyć w stronę pustej strony brzegu.
Pilnowała, by nie pokonywała ścieżki najbardziej zaludnionej. Zjechała w stronę plaży, dopiero bo piaszczystym podłożu, ruszyć najpierw kłusem, potem krótkim galopem, przez moment śmiejąc się do siebie, pozwalając by kopyta rozbijały granat wody. Zwolniła dostrzegając coraz więcej sylwetek, przyglądających się jej wyczynom. Grupie chłopców nawet pomachała, przytomnie, poprawiając materiał spódnicy, który odsłonił niemal całe uda. Prawie. Wilgoć przylgnęła do granatu, kropliła skórę, spijając osiadłą też sól i drobiny piasku.
Rozpoznała sylwetki przyjaciółek bez problemu, uniosła dłoń w powitaniu, pozwalając, by biały rękaw plecionej koronką koszuli, opadła pod ciężarem wilgoci aż na łokieć - Jestem! - zawołała wdzięcznie, rozciągając wargi w uśmiechu. Obróciła się jednak w stronę płynącej wody i niesionych prądem wianków. Potrząsnęła głową, czując jak i włosy tkają się wilgocią, wijąc się wokół szyi, jak czarne nici. Skierowała koniczkę w stronę wody, pilnując, by wszystkie, dostrzeżone wianki minąć. Ostatnim czego chciała, to zniszczyć pracę nie tylko dziewczęcych rąk, ale i intencji, która słodko oplatała każde z kwiatowej kompozycji. Na dziś na teraz, cienie miała odsunąć się na drugi plan. I taki też chciała zapamiętać dzień Aisha. Wystarczyło, że Betty wsunęła się nieco głębiej, tyle tylko, dziewczyna mogła zanurzyć stopy, a potem i dłoń, gdy przechylił się niemal niebezpiecznie, puszczając swój wianek na wodę. Dalej niż pozostałe.
- Jimi będzie zadowolony - wyszeptała ze śmiechem, mrużąc ciemne ślepka, jakby chciała popchnąć kwiecista obręcz spojrzeniem i w końcu zawróciła na brzeg, w stronę stojących dziewcząt, by wychylić się w stronę Eve - Uciekła! Złapałam ją, ale... musiała pójść ze mną już! - poruszyła stopami niespokojnie - też miała mieć wianek, ale zdążyła go zjeść, zanim uplotła - doprecyzowała, kiwając głową i rozsypując czerń włosów na ramiona.
Co stracone znajdź,
I wróć mi dawny skarb
But don’t make a sound
'Wianki (Weymouth)' :
Nie był pewien, czy to przez ostatni przebłysk świadomości i w pożegnaniu rzuconej informacji od Eve o wiankach znaleźli się na brzegu, czy może nogi same zaniosły ich tu, gdy zdołali zwiedzić cały teren festiwalu lata. Otworzywszy oczy pierwsze co sięgnął po dzban miodu, a później po skręta, którego odpalił. Narkotyk pozwolił mu rozprostować kości i myśli, przyprawiając jego nawet nie tak zmęczoną twarz o szczeniacki, błogi uśmiech i błysk w piwnych oczach. Włosy zmierzwione uczesał, kiedy dostrzegł zmierzające w stronę wody dziewczęta, przygładził też koszulę na piersi, opadając nieco niezgrabnie na stawiającego pierwsze (po przebudzeniu) kroki Marcela.
— Patrz na nie — powiedział miękko, wskazując ręką ze skrętem wybrzeże i zmierzające do wody koleżanki. — Idą, na śmierdzące gacie Merlina, idą bez strachu o życie w wodę. To jest piękne. Absolutnie kurwa piękne — skwitował ocierając fantomową łże z kącika lewego oka. — Gdybym zaprosił do wody którąkolwiek z nich każda odmówiłaby zasłaniając się wykręcająca kostki temperaturą wody. Ale nie, idą. Stadnie. Idą — podkreślił, zawieszając rękę na ramieniu Marcela. Już od wczoraj był pewien, że nie weźmie udziału w tej maskaradzie, nie zamierzał wyławiać wianka Eve — brać w ogóle udziału w zabawie, ale wyśmienity humor, który mu się udzielił szybko zweryfikował jego plany. Wskazał diablim zielem w Cattermole'a. — Do boju, żołnierzu. Pokaż mi jaki jesteś lojalny. Jeśli umrzesz, nie martw się. Pomszczę cię! — zapewnił go, wyciągając ręce do góry, po czym ponaglił przyjaciela. —Twoja, znaczy moja żona cię oczekuje — powiedział i skłonił się nisko. Zachwiał na wpółprzytomnie, ale jeszcze w zwarciu złapał równowagę i się wyprostował. Dostrzegł na plaży prócz Eve własną siostrę, obok niej Celine. Spojrzał na Marcela, nic nie mówiąc, zaciągnął się ziołem i ruszył przez mordercze wydmy z nadzieją, że jeśli nie udusi się piachem i dotrze do wody to bohatersko rzuci się po jakąś zielną koronę. — Finian, no rusz kopytami i żwawo galopuj po to trawsko — obrócił się do nowego najlepszego przyjaciela z solidaryzującej się paczki i zmarszczył brwi. Mierząc go wzrokiem. — Finch, czekaj, czekaj, moment, stary! Ulało ci się tu, pod brodą. Jak ty wyglądasz człowieku. Jakbyś z rynsztoku wypełzł.— Westchnął i wetknął sobie skręta między wargi i postawił Finna na równe lub prawie równe nogi i zabrał się za poprawianie mu koszuli. — Powiesjejszejestnajpiekniejszanatejplaszy — mruknął niewyraźnie przez skręta w ustach do Steffena albo Finna, w trakcie poprawiania Fenwickowi kołnierza. Po wszystkim klepnął go w ramię i ruszył przed siebie. Do Marcela się nie odzywał chwilę, bo biedak musiał wciąż nieść ciężar związany z paskudnym wyborem dotychczasowej wybranki jego serca, a nie jakiegoś innego organu, bo jego najlepszy brat miał serce szlachetne. Zaczekał na niego przystając na jednej z wydm i wetknął mu skręta między usta, patrząc na niego porozumiewawczo. — Nie mów do niej nic, nie rozmawiaj z nią, nawet na nią nie patrz. Unikaj kontaktu wzrokowego bo zamieni cię w kamień — powiedział śmiertelnie poważnie i poklepał go po policzku. — To ten, kto ostatni to fujara, czy coś. Fisher daj z siebie wszystko— dopingował świeżaka i tanecznym krokiem przedarł się na wilgotniejszy piach, a później biegiem już w wodę, by rzucić się prosto po wianek. Misterne twory zdążyły już odpłynąć dość daleko, a oni ni spieszyli się wcześniej po nie. Wyprawa w morze, mimo początkowych i zupełnie nietrafionych kalkulacji okazała się morską eskapadą, z której powrócą wyłącznie najwytrwalsze wilki morskie. Wydawało mu się, że wiedział, który chce wyłowić, ale ostatecznie nie był już taki pewien, więc bez wahania złapał leśno-polną koronę, ledwie unikając nurkowania. To ją chciał złapać, tak. Raczej tak. Mijając kolegów walczących z żywiołem i grawitacją ściągającą ich na dno, w końcu dotknął piachu stopami i cały przemoczony, bosy (buty zostawił gdzieś, przy którymś postoju), szczęśliwie odświeżony kąpielą ruszył dziarskim krokiem w stronę wyczekujących kobiet. Bo wyczekiwały ich, prawda? Stały wszystkie razem jak kurki, a to miało ułatwić znalezienie królowej.
— Mam! — podjął z wypiętą piersią na dzień dobry, dumnie ukazując wszystkim dziewczynom swoją zdobycz. Usilnie próbował po ich minach odczytać, do której należał, ale to okazało się trudniejsze niż zakładał, bo po Celine przemknął wzrokiem prędko, na Eve próbował nie patrzeć wcale. Z lekką nadzieją spojrzał ja Liddy, a potem siostrę, ostatecznie zatrzymując ciemne oczy na Neali. Czy polne kwiaty z igliwiem były jej dziełem? W uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy czaiła się przebiegłość kogoś, kto podczas opowiadania dowcipu zamarł przed dotarciem do puenty i tak czekał, póki któraś z ich nie przyzna się do korony. Coś podpowiadało mu, że należała do Weasleyówny, ale nie odważył się od razu skierować ku niej swoich kroków. — To jak?
| wykorzytstuję sztukę diablego ziela i częstuję każdego z kolegów
maladilem baxtale Romensa
złodzieje serc,
tańczcie kiedy konie,
wybijają kopytami rytm.
Drugiego dnia, choć nieco najadł się stresu na brzegu i pod ostrzałem spojrzenia Justine Tonks, było już lepiej - bo wtedy wypił więcej piwa.
A potem zaczął się dobrze bawić. Ilekroć widział jakąś zakochaną parę, tylekroć sięgał po pitny miód i piwo.
Potem spotkał Finna i powiedział mu, że to taka gra i że muszą pić, jak zobaczą zakochaną parę - i grał w tą grę dzielnie, niezależnie od zdania samego Finna.
Potem wydawało im się, że zobaczyli w tłumie tatę Finna, więc uciekli.
Potem zaczepił parę blondynek, które od tyłu wyglądały jak Bella. Albo tylko jedną, a od drugiej i trzeciej odciągnął go Finn?
Potem miał trochę mokre oczy i powiedział Finnowi, że to ze wzruszenia radością i zawieszeniem broni. Nie był pewien, czy mu uwierzył.
Potem - albo wcześniej? - poprosił Jima o wybaczenie i palili fajki pokoju. Gdyby był trzeźwy, zorientowałby się, ze to diable ziele, którym zakrztusił się kiedyś przy Bojczuku i pomyślał dwa razy, ale nie był trzeźwy. Ba, spytał Marcela o randkę z Lotte i usłyszał, że było okej, więc dolał sobie alkoholu i Finnowi też dolał, bo mieli grać w grę, i Jimowi też dolał, bo był mu to winien. Potem Marcel dokończył opowieść o tym co robił na Festiwalu i Steff z wrażenia przestał pić.
Potem wszystko się rozmyło.
Napił się miodu na śniadanie i przyjął od Jima kolejnego skręta, a potem znaleźli się na brzegu. Poczuł na sobie spojrzenia jakiś kilku innych dziewcząt - czy patrzyły na nich z politowaniem czy nadzieją? Czy w ogóle był w stanie to określić? - i odruchowo przeczesał palcami włosy, by je nastroszyć i wydać się wyższym. W ustach wciąż miał skręta, zakrztusił się i zakaszlał, ale palił dalej, dzielnie. Spróbował wydmuchać powietrze tak uwodzicielsko, jak amanci w mugolskich filmach.
-Ej, dobrze to palę? - spytał cicho Finna i odkaszlnął. Jeszcze raz!
Zatrzymał wzrok na jakiejś blondynce w ładnej sukience (wyglądała trochę jak Lotte, ale stała tyłem), ale zanim Finn zdążyłby się zaniepokoić, że znowu myli którąś z Bellą - do porządku przywołały go słowa Jima.
Nie mógł się rozpraszać, miał dziś misję. Misję pokutną.
W nocy, gdy był odrobinę trzeźwiejszy, spytał Jima czy na pewno nie będzie jej przykro, ale w świetle poranka wydawało się to dobrym pomysłem. Poza tym, przecież go lubiła. Chyba. No i nie wiedział, czy w swoim stanie mogła w ogóle tańczyć, a on i tak nie miał ochoty z nikim tańczyć.
-A ja jak wyglądam...? - zaniepokoił się, spoglądając na Marcela, bo Jim był zajęty poprawianiem Finna. Marcel wyglądał blond, jak zawsze, jego włosy zdawały się w słońcu złote. -Ty super, jak w cyrku. - skomplementował przyjaciela. Wtedy też coś się świeciło w słońcu, ale nie pamiętał co. Chyba jego trykot.
-Jim, ale który to wianek? Ostatnio wyłowiłem nie ten wianek i... - zamrugał, oczy go zapiekły (to przez słońce, było takie jasne. Albo przez dym). Nie, nie będzie o tym myślał. A Jim pognał do przodu i mu nie odpowiedział. Jak miał wykonać jego misję bez instrukcji?
-Zaraz przez przypadek wyłowię wianek Aishy i Jim znowu będzie chciał mnie zabić. - pożalił się Marcelowi i Finnowi. Albo tylko Finnowi, jeśli Marcel pognał szybciej...
Wiedział jednak, że Jim nie byłby w stanie zabić, nie tak naprawdę, no i już raz mu darował. Musiał być dzielny. Musiał się skupić. Spojrzał najpierw na grupkę dziewczyn, a potem na dryfujące przy brzegu wianki. Ten z fioletowych dzwonków przykuł jego uwagę, kolor zawsze kojarzył mu się z Eve (nie wiedział dlaczego, może się tak ubierała? Ale jeśli tak, to nie zwracał na to uwagi, bo był chłopcem, a ona była żoną jego przyjaciela) - no i dryfował najbliżej brzegu, a ona chyba nie mogła daleko chodzić.
Dopalił skręta, rzucił go na piasek, kulturalnie przydeptał, wbiegł do wody i wyłowił wianek z dzwonków i czegoś jeszcze fioletowego. Pachniało jak mięta. Razem z wiankiem zaplątało mu się coś jeszcze, ale zerknie na to potem.
Wyszedł na brzeg za Jimem, trochę wolniej. Doe stał przed dziewczynami, jakby wiedział co robić, ale nagle urwał. Dlaczego? Czy Steff powinien na niego poczekać? Chwilę (kilka sekund?) stał za nim, czekając na sygnał od swojego autorytetu w sprawach damskich oraz zleceniodawcy swojego zadania, ale ten nie nadszedł - więc niepewnie wyciągnął wianek w stronę Eve. Resztę dziewczyn ominął spojrzeniem - jeszcze by go rozproszyły, a Liddy skarciła wzrokiem. Pewnie powinien udawać, ze waha się nad autorką wianka, ale kiepsko mu to szło po tylu piwach i skręcie.
-Ojej, czy to twój? - zapytał cicho. Czy powinien udawać zaskoczonego "pomyłką", czy może zachwyconego? Nie dopytał o to Jima, dlaczego go o to nie dopytał? Zerknął na Jima, wymownie, ale Jim patrzył na Naelę. Znowu zerknął na Eve. Bezradnie postanowił zastosować się do jego instrukcji, słowo w słowo. -Był najpiękniejszy na tej plaży. - zawyrokował, spoglądając jej prosto w oczy. Dopiero gdy powiedział to głośno, zdał sobie sprawę, że były tam bogatsze wianki i że innym dziewczynom może być przykro (zerknął nerwowo na Liddy, bo to jej przykrością przejmował się najbardziej - jaki wianek puściła ona?!) i że Eve może być niezręcznie (i przykro?), ale przecież gust to sprawa subiektywna i każdy ma inny. Powrócił spojrzeniem do Eve, zdeterminowany w to brnąć. -Lubię fiolet. - zawyrokował, jakby to wszystko tłumaczyło. Przepraszam?
little spy
Ostatnio zmieniony przez Steffen Cattermole dnia 03.08.23 3:34, w całości zmieniany 3 razy
'Wianki (Weymouth)' :
- Zaraz się zerzygam - odparł w odpowiedzi, bo tylko te słowa podpowiadał mu mózg. Czknął, wywrócił oczami. - Potraktuj to jako komplement.
Mocne szarpnięcie Jima zawróciło mu w głowie, ale kiedy poczuł na ustach cieniutki pergamin, odruchowo zaciągnął się czymkolwiek to było. I nagle jakaś dziwna mgła przesłoniła mu oczy, na chwilę kompletnie stracił rachubę. Czasu, przestrzeni i własnego ja.
- Farbowałeś włosy, Jim? - zachrypiał, bo poprzedniego dnia tak głośno śpiewał hymn Srok z Montrose, że chyba słyszeli go w Irlandii. - Z rynsztoku? Bo pierwszy tam wpadłeś, debilu, wyciągałem cię, nie pamiętasz? Razem z Marcelem! - pijackim ruchem bez ładu i składu odepchnął jego rękę. - Dobrze, mamo. Ej, uważaj, coś masz tutaj - dotknął palcem jego brody, skoro tak blisko stali i ręką lekko, ale zauważalnie, bo nie był w stanie w pełni kontrolować swoich ruchów, uderzył go pod brodą. - Skarbona! - zarechotał.
Na chwilę stracił równowagę, w głowie mu zawirowało i chwycił się pierwszej opoki, którą znalazł pod rękę. Okazało się być nią ramię Steffa. Zaciągnął się zielem i wyciągnął go na chwilę z ust, by wypuścić swobodnie dym. Plaża zakołysała się dziwnie, woda chyba zmieniła nagle bieg, bo wirowała na prawo i lewo, co wydawało mu się dość dziwne, ale przyjmował świat taki, jaki był.
- Coś kombinowałeś z tą wodą, Steff? - mruknął do niego nie do końca przekonany. - A nieważne... idę łowić!
No i jak powiedział, tak zrobił. Chwiejnym krokiem podszedł do tej magicznej wody, z początku chyba z nią walcząc, bo wpełzł tam prawie na czworaka. Musiała rzucić mu wyzwanie, ciągnęła w odmęty jak szalona. Głowę trzymał ponad taflą, przecież umiał pływać, to nic, że teraz wyglądał bardziej, jakby tonął. Wianek sam do niego podpłynął, fale podmyły go, ostatecznie rezygnując z walki.
- Mam! - wystawił rękę ze zdobyczą ponad głowę, za chwilę krztusząc się i plując na boki wodą. Podpłynął do brzegu, ale zamiast dumnie i prosto, wyszedł z wody na czworaka, bo tak było bezpieczniej. Wstał po chwili, strząsając jak ostatni głupek wodę z koszuli, jakby była kurzem. Spojrzał na kwietną koronę i wydała mu się piękna. Kwiaty zmieniały kolor, liście na zmianę wydłużały się i malały pod wpływem morskiej bryzy. Jeden z nich chyba nawet zachichotał, na co Finn skrzywił się z niesmakiem i uniósł wzrok, nie zaprzątając sobie głowy elfami robiącymi mu kawał. Mimo wszystko kojarzy tę feerię barw z dłońmi pięknoty, która niedawno rzucała je na taflę wody. Odnalazł ją wzrokiem.
I chyba go sam piorun trzasnął.
Szedł w stronę blondwłosej piękności z anielimi skrzydłami jak duch, przez wertepy, wzgórza wydm i piaskowe doliny. W pogardzie mając tnące szpony wiatru i słońce plaży, gnał! Aż dotarł, gdzie dotrzeć miał. Albowiem był z Gryfonów najmężniejszy, a po pijaku nawet najprzystojniejszy w całym Dorset. Nie myślał na razie o pocałunku, chociaż pewien był, że mógłby nim zdjąć najgorszą z klątw. I stanął przed nią - może nieco zgarbiony i z twarzą zmęczoną od wrażeń zeszłej nocy, ale z oczami wpatrzonymi w śliczne, jasno lico Celine jak w malowane wrota.
- Kurwa, ale ty jesteś piękna - wymamrotał bardziej do siebie, chociaż wszyscy dookoła musieli go usłyszeć. Nie spuszczając z niej wzroku, zauroczony jak żaba w księżniczce, podsunął jej wianek. Śliczny, leśny, mógł przysiąc, że rozpoznał wśród nich chaber. - Bo to twój, nie? Przepszam...
Zemdliło go tak, że posiniał. Zaraz naprawdę się zerzyga.
'Wianki (Weymouth)' :
Było już południe, kiedy przebudzenie nadeszło nagle; jego dłonie bezwiednie pochwyciły nogę Jamesa, który w niego wszedł; wypchnął przed siebie obiema rękoma jego plecy, pomagając mu złapać pion. A potem ziewnął, mrużąc oczy przed rażącymi go promieniami słońca. Klin klinem mówią, więc gdy stanął obok Jima, trzymał już w dłoniach dzban miodu i pociągnął z niego solidnie, przekazując naczynie przyjacielowi - odbierając od niego za to skręta, z którego też pociągnął. Mocno. Wypuszczając z ust bardzo gęsty kłąb dymu, łatwiejszy do zamaskowania nocą, gdy ukrywały go ciemności. Stał prosto, bardzo się starał. Zmierzwionych włosów nie uczesał, wczorajsza koszula pachniała słodko-gorzkim diablim zielem. Spostrzeżenia Jima były słuszne - dziewczyny szły. Do wody. Szczęśliwa, radosne, ucieszone wzajemnym towarzystwem. Nadmorski wiatr szarpał ich sukienki i włosy, kwiatowe wieńce dodawały im uroku. Szły, do wody. Bo świat się nie zatrzymał, bo dziś żyły jak wczoraj.
- Widocznie stadnie jest cieplej - skwitował krótko, odwracając od nich wzrok; rzuciwszy okiem na przeciwną stronę plaży spostrzegł Aishę, wyciągając w górę rękę - bardzo starając się, by pozostała prosta - chcąc odmachać dziewczynie, jego wzrok prześlizgnął się po jej odsłoniętych udach, ale wkrótce dołączyła do pozostałych dziewcząt. - Albo wtedy... jest mniej rekinów - stwierdził, z myślami gęstniejącymi od diablego ziela. - Rekiny lubią ciepło, Finn? - zastanowił się, czy to ma sens. Steffen pewnie wiedział. - Wyglądasz zabójczo. Ta twoja panna pewnie stoi teraz na jakiejś francuskiej latarni i patrzy na ciebie, bo stąd widać francuski brzeg, i żałuje, co straciła. Ale wiesz co? Przed nami jest morze, a w morzu pływa więcej niż jedna ryba. Przestańmy zachowywać się jak frajerzy - Skrzywił się, dlaczego ciągle to on był porzucany? Dlaczego ciągle to jego raniły? Jego słowa mogły wydawać się entuzjastyczne, ale nie potrafił ukryć w nich rozgoryczonej nuty. - Twoje włosy są jak lwia grzywa. Do boju, kowboju - zapewnił go, wzruszając ramieniem na to, że wyglądał jak z cyrku. Był z cyrku. I niech się wszyscy pieprzą, był z pieprzonego cyrku. Ciekawe skąd był tamten brodacz. Na pięcie odwrócił się do pozostałej dwójki.
- Dalej, panowie! - zawołał, zarzucając ramię przez ramię Steffena, kiedy James usiłował doprowadzić do porządku Finna. - Pokażmy im, kto jest Jowiszem tych mórz - zawołał, ale z umiarkowanym entuzjazmem, myląc Neptuna z insza planetą. Tak naprawdę szedł tam niechętnie, planował to wszystko inaczej. Miało być inaczej. Towarzyszył przyjaciołom przez jakiś czas w markotnym milczeniu, jakby przygnębienie dnia wczorajszego znów go dopadało; Jim wiedział, czego mu brakowało, z ulgą zaciągnął się diablim zielem ponownie, unosząc spojrzenie w gorę, w białe obłoki leniwie przemieszczające się przez błękitne niebo, obracające się wokół niego tak powoli, jakby siedział na dziecięcej karuzeli. Nad nim przeleciała mewa. Była biała.
- Ależ piękna - westchnął, wskazując ją dłonią Jamesowi. Ale tu i teraz wołało, przyjaciel nie pozwolił mu stracić czujności. I dobrze. Bo miał rację. Nie mów. Nie rozmawiaj. Nie patrz, bo zamieni cię w kamień. Pokiwał głową. Będzie pamiętał. Wiedział, że Jim miał rację. - Dzięki, stary - wyznał ze wzruszeniem, otaczając go ramionami w silnym uścisku. - Jim - wypowiedział jego imię nim wypuścił go z objęć. - Bestie są dwie. Nie słuchaj. Kiedy mówi, zatruwa. Woda oczyszcza, tak mówiła tamta wiedźma - wytłumaczył mu ze śmiertelną powagą, ostatecznie puszczając wolno, by mógł pożegnać pozostałych towarzyszy broni. Spojrzał na Steffena z powagą, gdy zmartwił się, że James go zabije, kiedy złapie wianek Aishy. Przytaknął jego obawom kiwnięciem głowy i wzruszeniem ramion i poszedł dalej.
Kiedy stanął przed spienionym morzem, obserwował chłopaków wchodzących do wody; miał wrażenie, że kręciło mu się w głowie, że ziemia poruszała się delikatnie, kręciła wokół jego własnej osi. Może chciała mu w ten sposób powiedzieć: nie jesteś sam. Dla mnie jesteś i dla mnie będziesz ważny. Wszedł kilka kroków głębiej w wodę, była zimna, kontrastowała z rozgrzanym, odwodnionym ciałem. I poszedł dalej, po ostatni wianek, najdalej od brzegu odciągnięty. Bose stopy przestawały dotykać dna, położył się na wodzie, dopiero teraz - w fale - wypluwając skręta, był pijany, był odurzony, ale przecież doskonale pływał. Był najlepszym pływakiem na tej planecie. Jak ten cały Jowisz albo bardziej. Wyciągnął ramiona i popłynął do przodu, chwytając między palce biało-niebieski wianek, w tym samym momencie tracąc siły; mocno zacisnął dłoń na liściach i poszedł na dno; nie wiedział kiedy, przy tym dnie się znalazł - powierzchnia nie była tak daleko - lecz przez wodę tak trudno było się przedrzeć, gdy mięsnie odmawiały współpracy; mijały chwile, zbyt długie sekundy; w końcu wybił się od kamienistego dna na powierzchnię, rozpaczliwie chwytając powietrze nad wodą. Kasłał, bo wodę miał już w płucach, pluł, bo się jej nałykał. Wianek, który wciąż trzymał w dłoni, nie był już taki ładny, sfatygowany, wygnieciony a przede wszystkim mokry. Pozostał tak przez chwilę, uspokajając oddech, aż w końcu popłynął w kierunku brzegu. Dopiero idąc plażą spostrzegł rozdarcie na pięcie, kamienie musiały go otrzeć, pozostawiał krwawe ślady. Przemoczoną koszulę zdjął po drodze, przewieszając ciężki materiał przez ramię. Pozostali obdarowywali juz dziewczęta, jemu pozostała ostatnia - niestety już zajęta. Podszedł do Aishy z wiankiem uniesionym wysoko w górę, jak trofeum, lecz i w tej pozie było to za nisko, by złożyć jej na skroniach, gdy siedziała na Betty - chciał się pochwalić, ale znów zaniemógł; zamiast wypowiedzieć choć słowo, zakasłał, wykrztuszając więcej wody.
- Słuchaj, stary - zwrócił się zatem do konia, pokazując mu wianek. - Odbijany, panna w dół, a ty spadasz do domu - oznajmił, wyraźnie oczekując od Betty jakiejś reakcji.
'Wianki (Weymouth)' :
Odwróciła głowę, kiedy Celina złapała ją za dłoń, uśmiechnęła się ładnie. Maskowała obawy, nie chcąc martwić dziewczyn i odciągać ich uwagę od wianków unoszących się na powierzchni oraz chłopców, którzy zbierali się niedaleko. Spojrzała ku nim, ciemne tęczówki przeskakiwały od jednego do drugiego i dalej. To było całkiem zabawne, że młodzi mężczyźni, którzy dopiero wchodzili w dorosłe życie, tak bardzo potrzebowali grupy. Liczebnie zdawali się czuć silniejsi, jakby wtedy mogli osiągnąć wszystko, jakby wsparcie kompanów miało dać im dostęp do każdej zachcianki. Wiedziała, że śmiali się, że to dziewczyny były stadne, ale wcale się od nich nie różnili.
Zagapiona na grupkę, nie zauważyła powrotu Aishy, aż do momentu, gdy w zasięgu wzroku pojawiła się szwagierka na grzbiecie klaczy. Kąciki ust mimowolnie uniosły się mocniej, dając miejsce uśmiechowi, który sięgał ciemnych oczu.
- Mam nadzieję, że nie musiałaś za nią ganiać przesadnie.- odparła, przenosząc swą uwagę na tinkera. Wyciągnęła wolną dłoń, by pogłaskać kobyłę po boku. Srokata sierść mieniła się ładnie, potwierdzając dobra kondycję konia.- Uciekinierko moja, miałaś być grzeczna.- zaszczebiotała cicho do zwierzęcia. Poklepała klacz po szyi, gdy ta zaczęła skubać krawędź jej sukienki. Chciała powiedzieć jeszcze coś do dziewczyn, ale ruch w polu widzenia i sylwetka wpadająca z biegu do wody, skłoniły ją, by spojrzała właśnie tam. Kiedy zrozumiała, co właśnie miało miejsce do wody wpadli kolejni. Więc jednak się zjawili, nie dając szansy tamtej grupie chłopaków. Kąciki jej ust uniosły się, gdy obserwowała Jamesa, Steffena, Finna i Marcela. Przeklęci bohaterowie. Prychnęła do własnych myśli, przekrzywiając zaraz głowę, a gruby warkocz przesunął się po plecach, dlatego zgarnęła go na ramię. Musnęła palcami jedną ze spinek w kształcie motyla, a na opuszku poczuła delikatny ruch skrzydełek tej nowej ozdoby. Czuła ścisk w żołądku i ulgę chwilę później, gdy uświadomiła sobie, że niepotrzebnie się denerwowała.
Niestety moment później po ciele rozlał się chłód, okropne igły zdawały się wbijać w ciało. Nieśmiała radość rozsypała się na tysiące kawałków, ostrych, jak brzytwa. Patrzyła, jak James praktycznie ją minął, zarówno spojrzeniem, jak i kierując swe kroki bliżej... Neali. Spoglądała na niego, gdy on nie zaszczycił jej nawet krótkim spojrzeniem. Milczała, głuchnąc na otoczenie. Miała wrażenie, że wszystko wokół niej zamarło i ucichło, zdruzgotane tak, jak i ona. Spuściła wzrok, czując palące upokorzenie i niedowierzanie z tego, co miało miejsce. Nie miała odwagi zerknąć ku górze, zaryzykować skrzyżowania spojrzenia z kimkolwiek. Ostrożnie wysunęła dłoń z dłoni Celiny, bo dotyk zdawał się ją parzyć. Zacisnęła palce na materiale własnej sukienki, widząc, jak trzęsą jej się ręce. Czy dygotała na całym ciele czy to tylko dłonie ją zdradzały? Nie chciała wiedzieć. Spięła się, gdy wpatrując się w ziemię, zauważyła że ktoś przed nią stanął. Ciemne tęczówki powędrowały nieco wyżej na dłonie, które dzierżyły zapleciony przez nią wianek. Dłonie o jasnej skórze, które nie mówiły jej nic o osobie. Dopiero głos zdradził kto to. Steffen... Steff. Nieostrożnie wyprostowała się, uniosła głowę i skrzyżowała ich spojrzenia. Słowa, które wypowiadał zdawały się docierać do niej z opóźnieniem, jakby nie mogła przetworzyć ich w zdaniach szybciej. Rozchyliła pełne usta, ale ten ruch sprawił, że broda jej zadrżała. Zacisnęła z powrotem usta, zacisnęła zęby. Wzięła głębszy wdech, by opanować się i nie pozwolić sobie pęknąć. Nie da tej satysfakcji nikomu, a zwłaszcza jemu. Jeżeli chciał jej dogryźć, chciał by pożałowała to osiągnął swój cel. Dopiekł jej do żywego, uderzył w najczulszy punkt, lecz nie miał się o tym dowiedzieć. Obejdzie się smakiem, nie będzie chełpił wygraną. Powiedziała, że nie będzie miała do niego pretensji, ale nie sądziła, że potraktuje ją w ten sposób. Jak powietrze, nieistotny element otoczenia i to było okrutne, nawet jak na niego. Przypomniała sobie o godności o której wspominała jej Neala miesiące temu, o którą kazała jej dbać. Miała rację, miała cholerną rację. Nie rozglądała się, wiedząc, że nie zniesie widoku tych wszystkich par na około. Szczęścia między czarodziejami, którzy tutaj w symboliczny sposób dawali sobie potwierdzenie uczuć lub dowiadywali się o nich pierwszy raz. Nie słuchała śmiechu i ćwierkania między otaczającymi ją ludźmi.
Pokręciła powoli głową, odmawiając przyjacielowi.
- Nie mogę, Steff. Jestem mężatką, nie wypada mi...- urwała, czując, że raz jeszcze musi nabrać powietrza w płuca. Trochę jak ryba, która dusi się wyrzucona na brzeg.- A ty nie musisz tego robić. Nie narażaj się na plotki o powiązania z ciężarną cyganką.- dopowiedziała. Nie chciała jego litości, wystarczyła jej gorycz i poczucie upokorzenia przez męża. Więcej nie mogła przyjąć.- Zniszcz go, Steff.- poprosiła cicho, by te słowa zawisły między nimi.- Proszę. Na pewno znasz zaklęcie, które pochłonie wianek.- dodała. Niby mogła zrobić to sama, ale miała wrażenie, że w głowie ma już tylko pustkę.
Odwróciła nieco głowę, kiedy usłyszała słowa Marcela obok siebie. Wyciągnęła dłoń by dotknąć końskiego pyska.
- Zabiorę ją.- rzuciła pospiesznie, unikając wzroku chłopaka, ale też szwagierki. Zacisnęła dłoń na prowizorycznie zaplecionym kantarze i poczekała, aż Aisha zsiądzie z końskiego grzbietu, a wtedy delikatnie pociągnęła, by zachęcić klacz do ruchu.- Znajdę jej jakąś łąkę, by mogła tam stać do rana i nie uciekała więcej.- dodała, by młoda Doe wiedziała, co zamierza.- Baw się, Aisha.- posłała jej niemrawy uśmiech. Zacmokała, aby kobyła szła grzecznie koło niej. Musiała stąd uciec, zostawić za sobą ich wszystkich, zanim się rozpadnie.
| zt dla Eve
Use what you have.
Do what you can.
Duchy nie mówią, a przynajmniej nigdy nie mówiły do Hectora. W Ravenclaw milczała nawet Szara Dama, ale ten duch przemówił, w dodatku własnym imieniem. Podejrzliwie przyjrzał się fryzurze Primy - pomylił się w ocenie odcienia, był cieplejszy niż u Beatrice. Co ważniejsze, jej włosy powiewały zgodnie z kierunkiem wiatru, jakby była całkowicie materialna. Żywa. Ba, speszona.
Speszona, czy straumatyzowana? Kojarzył, że pierwszego kwietnia mieszkała w Londynie, a po wybuchu wojny całkowicie urwał się z nią kontakt. Na krótką chwilę dał się ponieść fantazji odnośnie tego, co mogło spotkać przez ostatni rok wrażliwą żonę mugolaka—a wyobraźnię miał bujną, bardzo bujną—ale zanim poniosły go te myśli, przerwała mu inna, niepokojąca. Prima unikała jego wzroku, czy tylko z powodu zaskoczenia i pokrzyw? Czy chciała wiedzieć, czy chciała spytać, po której stronie stał teraz ktoś o czystokrwistym nazwisku, o krwi okupionej szeregiem nieszczęśliwych małżeństw? Nigdy wcześniej nie myślał o ich statusie krwi, Prima zawsze była po prostu jego pierwszą mentorką w zakresie alchemii. Nie chciał o tym myśleć, nie chciał odpowiadać, bo chyba nie wiedziałby, co odpowiedzieć. To, że widziała go tu, w Weymouth, musiało jej wystarczyć.
-To ja, Hector. - przytaknął łagodniej, tonem jakim zwracał się do pacjentów z zaburzeniami lękowymi. Może była po prostu zaskoczona, ale przyjął go odruchowo.
Na krótko, bo kolejne pytanie brutalnie przywołało go do rzeczywistości niechcianego rytuału i wcale mu się nie spodobało. Był zawstydzony, że w ogóle wyłowił czyiś wianek. Zezłoszczony, że to jej wianek, że odnalazł ponownie Primę Howell w taki sposób.
-To nie wianek. - zaprotestował zatem odruchowo, ostrzej, jakby forma wyłowionego przedmiotu miała anihilować sam akt wyłowienia. -To pokrzywy. - dodał nieco oskarżycielsko. Złapał oddech, przyglądając się Primie uważniej, ale ciosy zdawały się nie kończyć. No tak, nie wiedziała. Nie mogła wiedzieć.
Wziął głęboki oddech.
Odnalazł w pamięci wspomnienie, wiecznie żywe, ostatnich chwil Melancholy, zbyt długiej katorgi starej klaczy.
Zamrugał. To zbyt mało na wykrzesanie z siebie łez, do niedawna nic nie było w stanie zaszklić mu oczu, ale ojciec katujący konia niezmiennie pomagał mu przywołać na twarz smutną minę.
-Beatrice nie żyje. - westchnął cicho, smutno. -Tragiczny wypadek, niespełna rok temu. - od dawna nie musiał opowiadać o przyczynie jej śmierci. Prędko pomyślał o zapłakanym Orestesie i o małej Lecie - zanim w jego głowie zdążyło rozbrzmieć niedawne wyznanie Victora. Dość. Uniknął spojrzenia Primy, szykując się na nieuniknione kondolencje i znów zamrugał. Pod powiekami tańczyły wspomnienia z ostatniej nocy. Choć wybrał inne dziewczyny, to pochwycił spojrzenie Katiuszy w drodze do sypialni. Uśmiechała się tak, jak lubił. Zawsze powracał do Wenus i do jej uśmiechu i nie wydawała się zdziwiona tym, że wrócił po półrocznej nieobecności.
-A Greg? - nie powinien pytać, to było okrutne.
Równie okrutne jak wrzucanie pokrzyw do wody.
-To jego szukasz? - zagaił lekko, gdy rozglądała się wzdłuż brzegu.
Być może temat wianka umarłby naturalnie w zalewie obopólnych pytań i możliwych kondolencji, ale Prima do niego powróciła, a Hector nie potrafił wdzięcznie przyjmować przeprosin. Zwłaszcza takich niedopowiedzianych.
-To pokrzywy, nie kamienie. - wytknął Primie z brutalną logiką. -A tam obok bawią się dzieci, mój syn - los innych nie obchodził go na tyle, by doprowadzić go do złości -i mogły się poparzyć. - wytknął. Ja się oparzyłem, mógłby dodać, ale duma mu zabroniła. Zamiast tego zadał z łagodną troską swoje ulubione pytanie, którego nie lubił żaden z jego pacjentów i które znajomym zadawał rzadko, ale po półtorarocznej rozłące i słuchaniu nonsensu o pokrzywach chyba był usprawiedliwiony: -Dobrze się czujesz, Prima?
Hidin' all of our sins from the daylight
Prima wykręciła nieznacznie palce, zmuszając się do odrzucenia czczych rozważań o możliwych sympatiach politycznych Hectora. Podobno festiwal w Weymouth był bezpieczny, widziała nawet jakiegoś strażnika w budce i paru mężczyzn sprawiających wrażenie lokalnych policjantów i chciała wierzyć, że tyle wystarczy by nie przecisnął się tu nikt o nieszczególnie przyjaznych zamiarach.
― A czy pokrzywy nie mogą być wiankiem? ― spytała, bardziej retorycznie niż z faktyczną chęcią na uzyskanie odpowiedzi i splotła dłonie za plecami, nachyliła się lekko w stronę czarodzieja, a w jasnych oczach Primy mignęło coś na kształt chochliczej iskry. ― Wiele zawdzięczamy takiej urtica urens ― czy z racji drobnych włosków parzących powinniśmy ją dyskwalifikować z udziału w wyścigu o męskie spojrzenia? ― Uniosła lekko brwi i za chwilę wyprostowała plecy. Pokrzywie na pewno byłoby smutno, gdyby ktoś ją tak…
“Stara, na Merlina…”
― Och ― bąknęła, kiedy Hector umiejętnie odegrał żal za żoną, a Prima nie miała absolutnie żadnych powodów by podejrzewać, że jest inaczej, że to, co ogląda jest niczym innym jak wprawnie przyjętą rolą, przedstawieniem zapewniającym chwilowe bezpieczeństwo przed kolejnym ożenkiem.
Kondolencje jednak nie napłynęły, bo dawny podopieczny szybko odbił piłeczkę w jej stronę, a Primę zmroziło.
Czaszka wydała z siebie coś na kształt prychnięcia.
”I co? Jakiś losowy frajer będzie cię pytał o rzeczy w gruncie rzeczy zakazane, a ty mu tak po prostu powiesz?”
Zerknęła w stronę wody; szybko, ukradkiem, usiłując samym spojrzeniem zdusić awanturujący się w jej głowie głos należący do… w sumie to nadal nie wiedziała do kogo. Albo do czego.
”Co to za frajer, stara? Bo dalej się nie dowiedziałem.”
― Hector ― burknęła w stronę wody, ale imię nie ukontentowało czaszki.
To już wiemy, wyniknęło z tej arcyciekawej rozmowy, stara. Powiedz coś więcej, nie wiem, czym się zajmuje?
Tym razem zignorowała pytanie i tylko dzięki silnej woli zdołała wrócić wzrokiem do swojego rozmówcy. Nie wiedziała co prawda czy bardziej jest zła na czaszkę, na Grega (za to, że umarł), na Hectora (za to, że pytał), czy na złe ułożenie gwiazd i planet. O, albo na tę koszmarną kometę.
― Greg nie żyje ― odparła na jednym wydechu i zaraz zaciągnęła się mocno powietrzem, aż zakuło ją w płucach. Odgonienie ciemnej i lepkiej fali rozpaczy kosztowało ją ogrom sił. ― Znaczy, tak myślę ― dodała na usprawiedliwienie; dużo ciszej i dużo spokojniej, jakby pogodzona z tamtą myślą ― został w tyle razem z paroma kolegami żeby powstrzymać jakichś złych ludzi, a ja i… ― głos jej się złamał, nie była w stanie dalej mówić, więc przez jakiś czas pomiędzy nimi przepływał jedynie szum wody i odgłosy bawiących się w pobliżu dzieci.
”Chłop ma wyczucie nundu w składzie eliksirów.”
― To magipsychiatra ― syknęła znowu, jakby to miało cokolwiek wyjaśnić.
”Magibęcwał chyba.”
Obejrzała się w stronę wody, ale miejsce w mule znowu było puste, czaszka zniknęła. Prima zacisnęła usta, gdzieś w tle doleciały do niej kolejne słowa Hectora; nieczytelne, jakby rozmazane. Dopiero ostatnie pytanie było wyraźne, podszyte łagodną troską od której zjeżyły jej się włosy na karku.
Wróciła do niego spojrzeniem i patrzyła tak w milczeniu przez dłuższy moment, w duchu spowiadając mu się ze wszystkiego co dręczyło jej duszę: z niepewności dnia codziennego, z tego, że ostatnio wcale nie wychodzą jej eliksiry, z domysłów co do tożsamości pochowanej za domem osoby, z istnienia tajemniczej czaszki i jej kapryśnego sposobu bycia. Z przeżytego okresu głodu, z tego, co właściwie stało się po ucieczce z Londynu.
To wszystko pozostało jednak tylko w jej oczach; jasnych i pustych, stanowiących niejako odzwierciedlenie jego własnych.
― Wszystko w porządku.
Nawet nie dbała o to, by kłamstwo wybrzmiało pewnie.
Skinęła głową w stronę jego laski.
― Tradycja mówi o jakichś tańcach, ale wydaje mi się, że możemy sobie ten etap podarować. Jak myślisz?
Nie lubił zakrzywiać logiki, więc znalazł inny punkt zaczepienia i możliwego protestu:
-Spojrzenia to sobie może przyciągać, ale nie dziecięce dłonie, na Merlina! Pomyślałaś w ogóle o tym, że ktoś to wyłowi i nieostrożnie dotknie? Niewprawne oko - na przykład jego własne, ale wygodniej było zasłaniać się za moralizatorską maską obrońcy dzieci -może pomylić pokrzywę z miętą. - uparł się, choć mgliście czuł, że ta sytuacja jest nieco niedorzeczna. On, niegdyś nieśmiały (w alchemii nie cechował się takim przemądrzalstwem jak w kwestiach magipsychiatrii) uczeń, pouczający dawną mentorkę.
Sytuacja, w której dawna mentorka rzuca do wody pokrzywami była przynajmniej równie niedorzeczna. Gdyby ktoś opowiedział mu o takim wydarzeniu w gabinecie, namyśliłby się nad tym wszystkim dłużej, zdobył na wyrozumiałość i empatię, może nawet podzielił sentyment Primy wobec pokrzyw. Gdy w grę wchodziło bezpieczeństwo syna, najpierw jednak działał i czuł, a potem myślał - nawet jeśli zagrożenie było nieco (nieco...) rozdmuchane w jego wyobraźni.
Był jej - albo sobie, bo to on sam odbił pałeczkę i tak doskonale deeskalował sytuację - przynajmniej wdzięczny za to, że skróciła kondolencje do minimum, do nieśmiałego "och." Odwróciła wzrok, wymówiła jego imię jakoś niepewnie (Karcąco, smutno? Dziwne, nie był w stanie określić tonu, ale wziął sylaby za skierowane do siebie), wreszcie powiedziała mu prawdę prosto z mostu. Mógłby domyślić się sam, mogliby poprzestać na półsłówkach, ale stało się.
-Tak mi przykro. - odpowiedź miał już przygotowaną, podpatrzoną wśród morza kondolencji, które sam otrzymywał. Umodułował głos tak, jak Ariadne gdy się o wszystkim dowiedziała i jak jedna z tolerowanych krewnych Beatrice na pogrzebie, przybierając ton ludzi empatycznych, który z całej gamy cudzego współczucia rozstrajał go najmniej. Wciąż nie lubił jednak kondolencji, ani składać ani przyjmować. Sadomasochistycznie nie odrywał spojrzenia od twarzy Primy - widział rozpacz jak na dłoni, a jej wyraźny smutek przypominał mu o uczuciach, do których sam zdolny nie był. O kłamstwach, które tkał z takim wysiłkiem, podczas gdy normalnym ludziom żal przychodził naturalnie.
Normalnych? Już zastanawiał się, czy powiedzieć jakiś frazes o bohaterstwie Grega, czy pochwalić ją za bycie pogodzoną z losem, gdy dodała coś jeszcze, cichym szeptem. Zdawało mu się, że usłyszał słowo psychiatria, ale musiało mu się wydawać - odgłosy zabawy i szum fal zagłuszył jej słowa.
-Słucham? - dopytał, zanim zdążył rozważyć, że może lepiej dać za wygraną.
Zamiast odpowiedzieć, spojrzała mu prosto w oczy. Nie cofnął wzroku, nie zamrugał, choć widział w jej spojrzeniu upiornie bliźniaczą pustkę. Było coś dziwnego w tym zderzeniu, w tym nagłym podobieństwie. Prima zawsze wydawała mu się tak różna od niego.
Ona nie potrafiła dalej mówić, on nie potrafił znaleźć gestów pocieszenia. Może w gabinecie byłoby łatwiej.
Uraczyła go bezczelnym kłamstwem, a on skinął lekko głową, udając, że jej wierzy.
W gabinecie na pewno byłoby łatwiej. Durne konwenanse.
Durnym konwenansem był też taniec, o którym - miał nadzieję - skutecznie zapomniała.
-Cieszę się, że... w porządku. - zawiesił wymownie głos, choć chciał powiedzieć coś innego. Że żyjesz, że jesteś cała i zdrowa. Że z waszej dwójki przeżyłaś ty, bo jeśli Mojry przewidziały ocalenie tylko jednego - to cóż, twój mąż nie był wybitnym naukowym umysłem.
Tyle, że Prima nie podchwyciła już jego łagodniejszego spojrzenia, bo spoglądała na... laskę? Bezsprzecznie. Zawsze czuł, gdy ludzie na nią patrzyli, jakby była parzącą, gryzącą częścią jego. Ohydną blizną albo trzecią kończyną.
Przez sekundę łudził się, że na spojrzeniu się skończy, ale niespodziewanie - i okrutnie - zestawiła ten gest ze słowami o tańcach, o podarowaniu sobie tańców.
-W teorii obowiązuje nas żałoba - gdyby zagadnęła go o taniec w jakikolwiek inny sposób to bez namysłu zasłoniłby się tą wymówką i dodał, że w praktyce też -ale myślę, że Beatrice ani Greg nie mieliby nam za złe jednego tańca. - wycedził z uprzejmym uśmiechem. Jeszcze kilka dni temu pomyślałby, że ktoś inny też nie miałby mu za złe ani jednego tańca ani tańców z kobietami w ogóle, ale teraz w miejscu tamtej myśli była tylko bolesna pustka, a ból zawsze rodził w Hectorze irytację. -chyba, że - spojrzał na Primę wyzywająco i wyciągnął do niej dłoń -wolałabyś go sobie podarować z jakiś innych względów? - no dalej, powiedz to głośno. Nigdy, przenigdy nie była okrutna, ale ludzie się przecież zmieniają.
Hidin' all of our sins from the daylight
“Mówiłem, że plaża to strata czasu. Trzeba było iść na tę Arenę i szukać jakiejś góry mięsa potrzebującej przyjaznego alchemika z sąsiedztwa”.
Prima zacięła wargi i odwróciła wzrok. Nie lubiła, kiedy czaszka miała rację, bo to tylko rozdmuchiwało jej i tak koszmarnie duże ego, utwierdzało w chybotliwym przekonaniu nieomylności.
Słowa kondolencji wydały jej się sztuczne, dobrane z samego wierzchu morza kurtuazji, a ton nieszczery choć dobrze okryty przyjemną warstwą empatii. Po tym, jak usilnie czepiał się biednych pokrzyw i strofował ją z góry na dół (zupełnie jak na komisji w sprawie książki, zupełnie jak wtedy, zupełnie…) nie uwierzyłaby mu nawet w to, że nazywa się Hector Vale i jest magipsychiatrą. Cofnęła się o pół kroku, nieprzyjemny dreszcz wspiął się w górę kręgosłupa, rozlał zimną falą po łopatkach. Na komisji, wtedy, na komisji, a potem…
“Ej, stara”, głos czaszki jak zwykle napłynął zewsząd i znikąd, ale tym razem wydawał jej się słabszy, jakby niknął w natłoku jej własnych myśli. “Nie nakręcaj się znowu, bo to się…”
Wrażenie zimna nasiliło się, pytanie Hectora utonęło w narastającym hałasie, we wspomnieniu dawnego życia i momentu, kiedy się skończyło. Bezkresna ciemność Bezksiężycowej Nocy rozlała się smugą wśród myśli, zmąciła spokój umysłu, nakręciła spiralę strachu od nowa. W uszach zaszumiała jej własna krew, serce boleśnie przyśpieszyło tempa, a oddechy były tylko coraz płytsze i płytsze, nijak nie pokrywając zapotrzebowania na tlen.
Cieszę się, że w porządku.
Kto to powiedział? Czaszka? Hector? Ona sama? Greg? Profesor Slughorn?
“Stara, mnie w to nie mieszaj, dobra?”.
Prima zachichotała histerycznie, potem parsknęła niepohamowanym, bardzo niepokojącym śmiechem. Wszystko dobrze, wszystko w porządku, wszystko…
Komisja, kwietniowa noc, ucieczka, krew, tyle krwi, i ludzie przebierający stos trupów w poszukiwaniu kosztowności i dobrych butów. Dobrze-nie dobrze, w porządku-nie w porządku. Nic nie było dobrze. Nic nie było w porządku.
Było?
Hector wycedził przez zęby coś o jednym tańcu i o żałobie, ale prawda była taka, że najchętniej uciekłaby stąd do lasu, do Lancashire i Chors jej świadkiem ― gdyby nie to, że obiecała Celine spotkanie, już by jej tu nie było. Spotkania z ludźmi przeszłości były za trudne, relacje międzyludzkie zbyt zawiłe.
Pytanie zawisło w powietrzu i tkwiło tam uparcie mimo zagłuszających wszystko fal i toczących się dookoła rozmów. Nie spojrzała już więcej na Hectora, nie otwarcie, obawiając się kolejnego bardzo uprzejmego uśmiechu budzącego w niej bliżej nieokreślony niepokój i jakiejś pokrętnej zemsty za pokrzywy. Wyciągnięta dłoń czarodzieja wydała jej się śmiertelną pułapką, a na karku czuła parzące czerwienią spojrzenie czaszki. Powiodła spojrzeniem w dół, na plażę, jakby ziemia miała nadejść jej z pomocą i… faktycznie to uczyniła.
Całkiem okazały, obły kamień zwrócił jej uwagę; pochyliła się po niego ze zwinnością wydry i ujęła w obie dłonie. Ciężar przyjemnie zakotwiczył ją w miejscu, myśli rozwiały się nagle i natychmiast ― jakby ktoś przegnał mgłę spowijającą jej umysł i spojrzenie.
― Nie mogę ― wydusiła w końcu, wciąż wpatrując się w znalezisko ― bo trzymam kamień.
W jej głowie echem odbił się szaleńczy śmiech czaszki. Prędko położyła kamień na wyciągniętej dłoni Hectora, z maniakalną precyzją pilnując by wcale nie dotknąć jego skóry palcami.
― A teraz ty go trzymasz. Masz… zajęte ręce. Obie.
I teraz będziesz trzymał je z daleka.
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dorset